"Był sobie czarny, czarny las.
A w tym czarnym, czarnym lesie była czarna, czarna polana.
A na tej czarnej, czarnej polanie w tym czarnym, czarnym lesie była czarna, czarna chata.
A w tej czarnej, czarnej chacie na tej czarnej, czarnej polanie w tym czarnym, czarnym lesie, była czarna, czarna izba.
I
w tej czarnej, czarnej izbie, w tej czarnej, czarnej chacie na tej
czarnej, czarnej polanie, w tym czarnym, czarnym lesie, była czarna
czarna dziura...."
Wczoraj w łódzkim planetarium.
Kosmos nad nami i kosmos w nas.
Jakbym zanurzała się w gwiezdnej kąpieli.
A cały ten wszechświat razem z nami pędzi, pulsuje, wrze i wciąga.
Ewoluuje. Eksploduje.
Gwiazdy i planety szaleją.
Czasoprzestrzeń się zakrzywia - cokolwiek to znaczy!
A czarne dziury wciągają, wciągają, wciągają!
Są, a jakoby ich nie było.
Nie widać ich, a wszyscy w nie wierzą.
- To podobnie jest z Bogiem! - zauważyła kochana B.
Taaaak.....
"Czarną dziurę otacza matematycznie zdefiniowana powierzchnia nazywana horyzontem zdarzeń, która wyznacza granicę bez powrotu."
Wróciłam do swojej mikroskopijnej rzeczywistości i zaczęłam brać sprawy w swoje ręce.
Na początek wzięłam kije.
Ciekawe, ciekawe, co dalej!
Życie jest piękne i straszne w swej nieprzewidywalności.
Ale bycie poza horyzontem zdarzeń, to jest rzecz ostateczna.
Bez powrotu.
3 komentarze:
Lubię ten wiersz :-)
To nie wiersz, to taka dziecięca zabawa w straszenie się nawzajem...
Faktycznie, pomyliłam z wierszem o czarnym lwie ;-)
Prześlij komentarz