poniedziałek, 5 października 2026

Wnuk miał wypadek, Syn przebiegł maraton, a ja byłam na koncercie...


 

Dawno temu bardzo spodobał mi się tytuł:

 "Piotrek zgubił dziadka oko, a Jasiek chce dożyć spokojnej starości"

Nosiła go książka dla dzieci, napisana przez Lucynę Legut oraz zrealizowany na  podstawie książki  film z udziałem min. Anny Seniuk.

Tytuł intrygujący i w pewnym sensie streszczający całość.

W piątek napisałam tekst o październiku,  nie biorąc pod uwagę tego, że  on się dopiero zaczyna!

Nie odpukałam w niemalowane!

Nie splunęłam przez lewe ramię.

Wywołałam wilka z lasu. 

Nie jestem przesądna! Ale odpukuję. Często.

Piździernik się rozpiździł  i miniony weekend nafaszerował zdarzeniami.

Wnuk się położył.

Syn pobiegł. Przebiegł 42 kilometry. Z kawałkiem.

Przykuta do aplikacji Garmin Connect śledziłam czerwoną kropkę na trasie poznańskiego maratonu. Biegł prawie 5 godzin. Bez kwadransa.

Dobiegł. Ostatnie metry doszedł. Jak wielu innych, jeden nawet w samych skarpetkach. 

Na mecie rozdawali medale. 

Wnuczka pozostawiona pod opieką Superdziadków  "pobiegła" po własny medal w śremskim Biegu bez barier.

 

( https://www.facebook.com/watch/?v=1119590841006798)

 

Słodka Mała Kopa obchodziła 54-te urodziny. W ogrodzie jesiennym, z tortem. 

Córka się martwiła. 

Plany różne  stawały dęba.

Ja się martwiłam o Wnuka, o Córkę i o Zięcia. (O obu)

Kot Miśka rzygała, jak kot. 

Głowa mnie bolała co rano. 

Córka powiedziała, że powinnam medytować.

Poszłam do kościoła. Na koncert organowy.

Przez całe preludium Bacha wracały mi myśli o moich bliskich. Tych cierpiących, martwiących się, obolałych.

Na koniec zabrzmiał Ferenc Liszt. I poczułam nareszcie to, po co chodzę na koncerty. Absolutne oderwanie od rzeczywistości, jakbym kąpała się w muzyce.

Prowadząca koncert, ciągle ta sama, opowiadająca o muzyce z  ciągle tą sama pasją, Aleksandra Bęben, zapowiedziała, że utwór jest długi.

 

"Fantazja i fuga na temat chorału „Ad nos, ad salutarem undam” S.259 Franciszka Liszta to monumentalny utwór na organy, skomponowany zimą 1850 roku. [1]

Kompozycja należy do najtrudniejszych, najdłuższych i najbardziej imponujących dzieł w literaturze organowej XIX wieku. Łączy w sobie formę fantazji, adagia i potężnej fugi, wykazując głęboki dramatyzm i symfoniczny rozmach."

 

Kiedy się ocknęłam  z tego organowego transu, było już 30 minut później.

Z góry, wśród wielkich braw, zeszła młoda, szczupła i drobna kobieta. Dziewczyna właściwie. Kłaniała się skromnie.

Nie mam pojęcia, jak ktoś tak delikatny potrafi okiełznać organy i wydobyć z nich coś tak potężnego.

Październik dopiero wystartował. 

Odpukuję. Spluwam. Mogę nawet czerwoną wstążeczkę  od uroków zawiązać. Niech nie dzieje się już nic bardziej stresującego. 

Nie jestem przesądna.

Ale lepiej nie wypowiadać w złą godzinę. 

P.S. 

Sąd odrzucił wniosek o umorzenie postępowania sanacyjnego w sprawie budowy bloków na Tuwima - nie ogarniam do końca sensu, ale podobno to powód do uciechy. 

Uf! 

piątek, 2 października 2026

Pa, ździernik.

Powinien się nazywać Pa!Wrzesień. Albo chociaż Powrzesień.

Kto wie, co to są do licha paździerze? 

Ja niby wiem, ale takiej definicji i tak bym nie wymyśliła:

 "paździerze to zdrewniałe części łodyg roślin włóknistych (głównie lnu lub konopi), które odpadają podczas ich międlenia i trzepania, czyli oddzielania włókna."

Międlenie to i trzepanie odbywało się drzewiej właśnie w tej porze roku - i urodził się październik. Słowo służące w innych językach cywilizowanych do opluwania się.

Swoją drogą,  przeważające tam octobry, octubry i oktjabry też nijak się mają do realiów, gdyż jak wiadomo w kalendarzu gregoriańskim jest to miesiąc dziesiąty! 

Bardzo ładnie wywinęli się z tego nazewnictwa Czesi - ich říjen oznacza okres godowy jeleni, które oczywiście wtedy ryczą.

A u Chorwatów, ciekawostka, dziesiąty miesiąc, to listopad. No i uniknęli łamania języka.

Czego to się człowiek nie dowie, przy okazji pisania bloga! 

Ale  miało być nie  o tym.

To znaczy o październiku, ale nie o etymologii.

Nie znam żadnego przysłowia o październiku, co by się fajnie rymowało, więc wymyślam:

W październiku dat bez liku! 

Ano właśnie. Bogaty ten miesiąc  w naszych rodzinach w rocznice, uroczystości  i inne "ku pamięci" wydarzenia.

Najsłodsze dziecko mojego osiemnastoletniego życia - Mała Kopa Agunia, zaczyna ten maraton. Potem rodziła  się Ania. I Maciek. Bożenka i jej wnuczka Zuzanka. Sabinka 15-tego, a Marcel 20-tego. I Tadeusz. Po nim Wiesia Seweryna.  A także Łukasz Cytryna.

Dzień po dniu imieniny Sabinki i Tadzia.

Urszule i Jadwigi zbierają życzenia, a znałam tych Ulek i Jadziek sporo. 

Świętują nauczyciele. Kiedyś też żołnierze.

1-szego października rozpoczynaliśmy przez lata rok akademicki. Tradycja trwa. 

No i śluby. W roku 1936, w 1946, po długiej przerwie w 1971.

I, niedawno całkiem, w 2024. 

Jest też data najsmutniejsza.  Pamiętam, to było w sobotę...

Ile jeszcze październik może pomieścić? 

Rzut oka w rok 1980.

A  23-go października 1971 roku, w sobotę,  był duży wiatr. 

Może to był wiatr historii?


środa, 30 września 2026

C.d.

 

 

Zaczęłam zapisywać rzeczywistość w roku 1969. 

Wcześniejsza Ja pozostaję w zamglonych wspomnieniach  i na nie za licznych zdjęciach. Te skrawki wspomnień są zawsze takie same. 

O, rozczarowanie! W pamiętniku prowadzonym w latach 1969 -1973 prawie same ogólniki. Wiadomo, Sturm und drang! (kopiuj i wklej w Google tłumacz, jeśli nie wiesz o co kaman)

29-tego września pisałam: "życie, to pyszna  rzecz!", a 5-go listopada:"JESTEM WŚCIEKŁA". Z podkreśleniem.

W styczniu byłam zakochana.  W lutym już mi przeszło.

Rok 70-ty pełen wzlotów i upadków emocjonalnych, zachwytów światem, ludźmi, filmami, teatrem, radości z publikowanych w "Na Przełaj" tekstów. Ale doznałam także bólu rozczarowań, osamotnienia i braku wsparcia.

10.IX. 1971

"Dlaczego tylu wokół mnie JEST, a tylko mnie NIE MA?"

Cóż, dzięki tym wszystkim rozhuśtanym zapiskom  mogę zobaczyć, jak dojrzewałam, jak rodziła się we mnie OSOBA.

Jeden z ostatnich zapisów w pierwszym zeszycie:

2.X. 73

"Złożyłam ślubowanie, dostałam indeks i legitymację studencką. jestem studentką. Jestem, jestem!" 

Mało tam było konkretów, opisane jakieś pojedyncze dni, jak ten, gdy nasz chemik spadł z krzesła w czasie lekcji, gdy akurat chciał postawić lufę Joli J.

Albo ten, gdy towarzyszyłam kuzynce Danusi do przychodni stomatologicznej. W tym opisie był nawet kolor ścian, odgłosy szurania wiadrem po posadzce przez panią sprzątaczkę, ciemna ciemność wieczornego powrotu ulicą Lutomierską, ciężki oddech Danusi, która miała zatkany od płaczu nos...

Wspomnienia żyją dzięki szczegółom. 

Czy będzie c.d?

Nie powiem. 

piątek, 25 września 2026

Kupa mięci.


Tak sobie rozmyślałam ostatnio o fenomenie pamięci ludzkiej.

Pamiętamy różne ważne momenty z życia. Śluby - własne i bliskich nam osób, narodziny dzieci, śmierć ukochanych, najmilszy prezent gwiazdkowy, smak naleśników smażonych przez mamę...

Pamiętamy dzięki emocjom, które towarzyszyły tym wydarzeniom, albo dzięki zdjęciom. 

Mijają lata i nagle okazuje się, że jest ich już bardzo dużo za nami.

Jak to? Dopiero co  zdawałam maturę! 

Przecież pamiętam  naszą pierwszą randkę, jakby to było wczoraj!

No, może przedwczoraj.

Wczoraj Córka zdawała egzamin dyplomowy. Pojechałam na Uniwersytet prosto ze szpitala od Męża, kupiłam czekoladki, jej ulubione, miałam na sobie czerwony płaszcz  i brązowy szal, a ona była ubrana w krótką spódniczkę i białą bluzkę. Po korytarzu spacerowali nerwowo inni zdający, a obok w sekretariacie siedziały "panie z dziekanatu", takie same jak wszystkie panie ze wszystkich dziekanatów...

A dzisiaj jest już ponad 20 lat później.

20 lat z rozbłyskami wspomnień   ważnych chwil.

A przedtem ze 40 lat skurczonych do kilku wydarzeń.

Pomiędzy - szara mgła codzienności.

Tak więc siedzę i rozmyślam o tym niezwykłym zjawisku.

A potem sobie przypominam. A właściwie tylko zerkam w bok.  

Z lewej strony mojego biurka  stoi sobie spisana w kilku zeszytach przeszłość. 

Zaglądam i znajduję taką perełkę. 

Przeczytaj Bracie.

 


 A ciąg dalszy nastąpi. 


Errata:


 



 

piątek, 18 września 2026

Szock!

 

 

Kasłałam. W lutym.

W marcu też kasłałam.

Przy wydechu gwizdało mi w oskrzelach.

Poszłam do doktora. Doktorowej (doktorki?)

- Infekcja była?

- Nie.

- Gorączka?

- Nie.

- Inne objawy?

- Nie.

- No, coś pani świszcze, ale nie wygląda to na zapalenie.

- Uczulona jest pani na coś?

- Nie.

Może jednak...

Lek na alergię nie pomógł wcale.

Hm...

Lek wziewny dla astmatyków  pomógł na chwilę. Dokładnie na tydzień.

Prześwietlenie płuc.  

"Delikatne, plamiste zagęszczenia, mogące odpowiadać odoskrzelowym zmianom zapalnym"

Ale! W badaniu krwi na CRP zero zapalenia.

Hm, hm...

Dostałam skierowanie do pulmonologa. 

Był maj. Kwitły bzy.

Kasłałam.

Termin do pulmonologa na 6-go sierpnia. 

Tak gdzieś koło końca lipca, miła pani z rejestracji poinformowała mnie, że "pani doktor jest chora i proszę przyjść 20-tego."

Proszę bardzo. Poszłam.

Scen z korytarza przed gabinetem nie będę opisywać, bo wyszłaby epistoła.

Pani doktor/ożka pulmonolog/ożka  Dorota siedziała za wielką plastikową osłoną i stukała w klawiaturę.

- Alergie?

- Nie. 

- Infekcje?

- Nie.

Spojrzała podejrzliwie.

- Ale tu jest napisane, że są zmiany zapalne!

- Ale bez innych objawów...

Prychnęła. Wyszła zza płachty.  Osłuchała mnie. Nic nie powiedziała.

Wróciła za płachtę. Stukała w klawiaturę.

- No to zrobimy jeszcze badania i zobaczymy, co wyjdzie. Jak przyjdą wyniki, to zadzwonię do pani. 

- Niech sobie pani bańki postawi! - poradziła na pożegnanie.

Sobie baniek nie postawiłam.  Poszłam na badania.

Wyniki przyszły po pięciu dniach na moją pocztę  mailową. 

Wszystko tam było w porządku poza takimi jakimiś na "ch", co były dodatnie.

Tu cię mamy!

Czekałam na telefon od pulmonolożki Doroty.

Czekałam. 

Czekałam.

Zadzwoniłam do poradni, żeby umówić się na wizytę i dowiedzieć się, co dalej.

- Proszę bardzo - powiedziała miła pani w rejestracji - 10-tego grudnia. 

Tego roku.

Minął sierpień. 

Przedwczoraj poszłam do profesora K. w celu zaszczepienia się przeciw grypie.  Zabrałam wyniki, bo a nuż te dodatnie na "ch" będą przeciwwskazaniem. Nie były.

Profesor K.  obejrzał wyniki dokładnie i powiedział, że mam "młode" te na "ch." i zapisał mi antybiotyk.

Antybiotyk nabyłam za   złotych 98,91.  Zażyłam.

I tu następuje tytułowy Szock! 

Wczoraj. O godzinie 19.45. Zadzwonił telefon.

- Dobry wieczór, tu pulmonolożka Dorota. Przyszły wyniki, jak tam kaszel?

Tak mnie zatkało, że chwilę cisza trwała na łączach. 

Wyjaśniłam sytuację.

- Aha - powiedziała - to zobaczymy. Zadzwonię za tydzień. 

Robimy zakłady? 


 

 

 

wtorek, 15 września 2026

Syndrom O'Hary

 

Była sobie taka Scarlett O'Hara, kto czytał książkę, albo oglądał film, ten wie.

(Ja nie oglądałam, ani nie czytałam, ale też wiem)

Kiedy życie dawało jej w kość, rzeczona Scarlett mawiała  "pomyślę o tym jutro"

Ponieważ ani nie czytałam, ani nie oglądałam, to nie wiem, czy "jutro" przynosiło rozwiązania i czy Scarlett nie wychodziła na tym powiedzeniu, jak przysłowiowy Zabłocki na przysłowiowym mydle.

Podejrzewam, że nie skoro udało jej się przeżyć przez prawie 1500 stron książki, poślubić trzech mężczyzn w ciągu niespełna 11 lat i każdemu z nich urodzić dziecko. 

Jak widać, jej strategia życiowa działała. 

Dlatego ostatnio ulubionym moim powiedzeniem jest "zrobię to jutro"

Wiem, że samo jutro się nie zrobi, ale może przestanie być ważne, okaże się nikomu niepotrzebne albo da się przełożyć na pojutrze.

I jest to drastyczne zaprzeczenie wpajanej nam przez pracowite matki zasady: " co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj"

Mądra (bo sztuczna?) inteligencja powiada wprawdzie:

 Działanie z wyprzedzeniem: Ogranicza stres związany z nagromadzeniem zadań na ostatnią chwilę.

 Oraz :

 Spokój psychiczny: Pozwala zyskać poczucie kontroli nad własnym czasem.

Taaa...

A jutro znowu " co masz zrobić jutro..."

 Jest tylko DZISIAJ.

 

Co ja właściwie chciałam powiedzieć?

Jutro się zastanowię. 

P.S.

Wiem, że notoryczne odkładanie na później, to  prokrastynacja, ale nie podoba mi się to słowo. Prawie tak samo, jak "obstrukcja"



 

czwartek, 3 września 2026

Miasto moje, a w nim...



Ulica św. Wjeciecha

Musiałam odbyć onegdaj podróż z punktu A do punktu B. 

Z podpunktami.

Wyruszyłam z punktu A o 14. 15

Po dziesięciu minutach dotarłam do punktu A' i wsiadłam do tramwaju, który właśnie podjechał, zgodnie z wyznawaną zasadą "byle do przodu". W punkcie A'' miały czekać do wyboru dwie linie, jeszcze niedawno czekały. Ale!

Miasto moje, pełne rozkopów i niespodzianek skierowało jedną z owych na inne osiedle. Cóż. Życie i MPK.

W punkcie A'' czekałam minut 10. 

Wsiadłam i zabrałam się za czytanie. 

Dygresja:

Czytam bardzo interesującą biografię  Jana Brzechwy, który nazywał się Jan Lesman i wcale nie marzył o tym, aby zostać uznanym poetą dla dzieci.

Marzył, aby zostać poetą lirycznym, co najmniej tak dobrym, jak jego kuzyn Bolek Leśmian (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa), ale niemiłosierni krytycy nie zostawiali panu Janowi  złudzeń. 

Lepiej szło mu pisanie utworów satyrycznych do znanych warszawskich kabaretów. Piosenki z jego tekstami śpiewali min.Hanka Ordonówna, Eugeniusz Bodo, Adolf Dymsza.

Podobno był pan Brzechwa bardzo przystojny i romansowy. 

Podobno pomieszkiwał rotacyjnie u licznych swoich dam serca.

Podobno pierwsze rymowane wierszyki dla dzieci napisał dla przedszkolanki,  z którą flirtował. 

Podobno, podobno, plotki, ptasie plotki...

Na pewno miał trzy żony,  na pewno skończył prawo, był jednym z założycieli ZAiKS-u, świetnym adwokatem i radcą prawnym.

O jedynym, wydanym tomie poezji lirycznej "Oblicza zmyślone" nikt już nie wspomina.

Kaczka Dziwaczka, Pchła Szachrajka, Pan Kleks i wiele innych szalonych, uroczych i nieoczywistych postaci ciągle pozostaje  w naszej pamięci. 

Koniec dygresji

Dygresja była długa, tak jak długa była moja podróż.

Tramwaj wlókł się jak włoski makaron, zabierając i zostawiając na przystankach spoconych  pasażerów. Towarzyszyły mu sznury aut wiozących, wkurzonych zapewne, kierowców.

Tzw."tymczasowe zmiany w komunikacji" przeszły w stan "ciężki ale stabilny"'

O godzinie 15.20 pomyślałam z ulgą : "jeszcze tylko 10 minut".

O godzinie 15.23 pani Motornicza oznajmiła: "proszę państwa, dalej nie pojedziemy, jest kolizja autobusu z tramwajem"

Prawdę powiedziała. Nie pojechaliśmy.

Z pobliskiego przystanku autobusowego w punkcie A''' powinien odjechać w pożądanym kierunku autobus o 15.42.

Ale nie odjechał. Bo nie przyjechał. Ani ten o 16.02.

Przyjechał inny, całkiem nieoczekiwany o 16.24.

W ekspresowym tempie, w minut 9 dowiózł mnie do punktu przedostatniego A'''' o godzinie  16.33.

Stamtąd już rzut beretką i dotarłam do punktu B o 16.40. 

Nakarmiłam koty i wypiłam kawę.

I przypomniał mi się dialog prowadzony przez dwóch panów na przystanku autobusowym:

Pan Pierwszy:

- Już k...wa trzecie sześćdziesiąt dziewięć, a naszego nie ma! 

Pan Drugi: (filozoficznie)

- No... Ale nie ma co wyglądać, jak ma przyjechać, to przyjedzie. A te panie, co tak wypatrują (tu pokazał na nas, zdesperowane pasażerki, stojące na palcach, z dłońmi nad oczami, dla ochrony przed słońcem, wpatrujące się w siną dal ulicy), to wyglądają jak te zwierzątka takie, no te...

Pan Pierwszy: (wykrzykując z zadowoleniem, że wie) 

-Surokatki!

A w głowie mojej, przegrzanej  i zmaltretowanej przez podróż z punktu A do punktu B powstała myśl:

"Nie mówi się surokatki, tylko  surojadki!"

A kto się teraz śmieje niech wie, że surojadki istnieją naprawdę .

W przeciwieństwie do krasnoludków i surokatek. 


Szczęśliwych podróży!

niedziela, 30 sierpnia 2026

Janioły

Uszyłam Anioła.

Konkretnie Anioła  Gabriela. Jakby kto wątpił.

Kiedy tak na niego patrzę, to  raczej Aniołek Gabrielek. Czyli Gabryś.

Pod koniec roku zagra główną rolę  w teatrzyku naszym, co się nazywa Seniorek.

To nie pierwszy anioł mojej produkcji. 

A kiedy się rozglądam, widzę, że otacza mnie sporo różnych aniołów. Mniejszych i większych. Ładniejszych i brzydszych (o ile anioły mogą być brzydkie).

Wiem, mogą być też anioły upadłe, o tych nie mówimy. Ani nie myślimy.

 

Bardzo lubię swojego grubego, rudego anioła, którego przywieźliśmy dawno temu z Krościenka.

Wygląda na przyzwoitego.

Chociaż, zasadniczo, w anioły wierzę  mniej więcej tak samo, jak w krasnoludki i Smoka Wawelskiego.

Kiedyś wierzyłam w Anioła Stróża, tego, co to czuwa nad parą dzieci przechodzących przez strumyk. Był jakiś bardziej wiarygodny i przystępny, niż reszta świętych. Poza tym był ładny. A może ładna. Z długimi lokami i w pastelowych sukniach.

Nie pamiętam, kiedy wierzyć przestałam. 

 

Przegląd od AI

Anioły to czyste duchy, co oznacza, że nie mają fizycznego ciała, materialnej formy ani płci. W swojej prawdziwej naturze są niewidzialnymi posłańcami Boga. Kiedy jednak ukazywały się ludziom w Biblii lub przybierały konkretną postać, ich wygląd zależał od ich rangi i roli.

 

Anielica przywieziona przez Męża z Krakowa

 

A to całkiem szczególny anioł zrobiony na terapii zajęciowej w Ośrodku Dziennego Pobytu

 

 

 Anioł niosący światło

 


 I ten, gaszący płomień.


Przegląd od AI
Człowieka o cechach anioła (tzw. ziemskiego anioła) można rozpoznać po głębokiej empatii, bezinteresownej trosce o innych oraz wewnętrznym spokoju, który wnosi w życie otoczenia.

wtorek, 25 sierpnia 2026

Siemanko!


 

Siemanko! To okrzyk, którym wita się z widzami Wiola Błazucka  na swoim kanale youtubowym "Pierogi  z kimchi"

Trafiłam na niego przypadkiem, pewnie ze trzy lata temu. Obejrzałam i zostałam. 

Wiola jest niezwykle sympatyczna, bezpretensjonalna, naturalna i spontaniczna. 

Mieszka w Korei Południowej od dziewięciu lat. 

Zakochała się w kraju i w Koreańczyku. Wyszła za mąż, urodziła dwoje dzieci.  

W swoich filmach opowiada o zwykłym, codziennym życiu. 

Wychodzi na spacer z córką i komentuje to, co akurat widzi. 

Wydarzenia uliczne, aktualną pogodę, dźwięki cykad, kwitnące wiśnie, modę, miejską komunikację.

Tłumaczy napisy i reklamy. Robi zakupy. Wędruje po centrach handlowych. Odwiedza fryzjera i kosmetyczkę. 

Odpowiada na pytania followersów.  

Pytań jest dużo.

O zwyczaje, o działania rożnych instytucji - służby zdrowia, szkolnictwa, kościoła, urzędów. O  rynek pracy, o opiekę socjalną, o koreańskie seriale, o konflikty pokoleniowe...

Rozmawia z Koreańczykami o Korei. 

Z Polakami o Koreańczykach. 

W piątki na ekranie gotuje  razem z dziećmi (7 i 2 lata) szybkie, koreańskie dania. Dzieci mieszają, kroją, dosypują i próbują.

- Dobre? - pyta Wiola po polsku. Kiwają głowami z entuzjazmem. 

Napisała trzy książki kucharskie,  wydane przez polskie wydawnictwo.

Z dwójką dzieci, wózkiem, czterema  walizkami, dwoma torbami (dużą i małą), i plecakiem (średnim) przyleciała w lipcu do Polski na spotkania autorskie ze swoimi czytelnikami.

Sale były pełne, wiele osób  zaczepiało  ją na ulicy i wołało  "siemanko!".

Wiola rozdawała podpisy i uśmiechy. A śmieje się naturalnie i szczerze, bo Wiola się nie kreuje, naprawdę lubi  ludzi.


Dlaczego ja w ogóle o niej piszę?

Otóż podziwiam Wiolę i jej zazdroszczę. 

Podziwiam za pracowitość i zazdroszczę systematyczności.

Miałam takie postanowienie noworoczne, że napiszę co najmniej trzy posty w miesiącu. Wychodzi 36 w roku.  

Wiola wstawia swoje filmiki systematycznie, na ogół trzy razy w tygodniu!

Ktoś tu kiedyś wspomniał, żeby pisać o wszystkim i o byle czym.

Bo to też może być ciekawe.

Kto wie, kto wie...

No, to ...pa, pa!!! 

 

środa, 12 sierpnia 2026

Relacje

Jakiś czas temu przeczytałam książkę "Rok magicznego myślenia" autorstwa Joan Didion. Sięgnęłam po nią, bo fragment zapowiadający brzmiał:

 "Siadasz do kolacji i życie, jakie znasz, się kończy. Ta książka to przejmująca opowieść o żałobie. (...) 

Precyzyjna, ale jednocześnie wrażliwa i czuła narracja dotyka uniwersalnego znaczenia tych doświadczeń, sprawiając, że „Rok magicznego myślenia" jest wymieniany pośród stu najważniejszych książek, które trzeba przeczytać w życiu." 

Nigdy wcześniej nie słyszałam o Joan Didion, chociaż opisywana jest jako  wybitna amerykańska dziennikarka, eseistka, powieściopisarka i scenarzystka. Współtworzyła z mężem Johnem Gregorym Dunne’em scenariusze do kilku filmów, całkiem znanych, z takimi gwiazdami jak Al Pacino, Barbra Streisand, Robert De Niro, Robert Redford, Michelle Pfeiffer...

 

Przeczytałam "Rok magicznego myślenia" i w jakiś szczególny sposób poczułam więź z Joan Didion. 

Dziwne, zważywszy na różnicę wieku, statusu społecznego, odległości, różnicę kulturową i wszystkie inne, wydawałoby się, same różnice. 

Ale, jak widać, "z jednej tkaniny wszyscy jesteśmy..."

Czytam teraz "Notatki dla Johna".

Joan Didion przez półtora roku uczęszczała na psychoterapię. Po każdej sesji sporządzała notatki, które w założeniu były przeznaczone dla męża.

"Notowała rozmowy o alkoholizmie, adopcji, depresji i lęku, o napięciach rodzinnych i poczuciu winy, o zawiłościach relacji z córką, Quintaną" 

Książka nie jest łatwa w odbiorze, ze względu na formę. Dużo tam zdań typu "powiedziałam, że powiedziała, że myśli, że ja myślę..."

Mimo to rozumiem dobrze Joan Didion.

 

Chcemy być dobrymi matkami. 

Chcemy dobrze wychować swoje córki.

Skąd wiemy, jak to jest "dobrze"?

Z ogólnie  przyjętych norm i wzorców. Nauczyciele o tym mówią. Książki o wychowaniu. Eksperci od relacji społecznych. Programy telewizyjne. Familijne filmy. Bajki o dwóch złych siostrach i jednej dobrej sierotce.

Ludzie nam to mówią. Obcy i znajomi. 

"Niech pani coś jej powie..."

Pediatrzy, psycholodzy i pedagodzy.  

Czasem mówi nam o tym teściowa.

Wierzymy im albo nie.

No, i matka. 

Bo: "wszyscy nosimy w swoich głowach drobne fragmenty naszych matek i ojców"

Można by, parafrazując Ewangelię, rzec - na początku była matka.

Nie chcę być, jak moja matka.

Jestem, jak moja matka.

Miotam się między buntem, a poczuciem winy.

Matki chcą jak najlepiej, Dla córek.

Córki chcą być sobą. 

Matki wiedzą lepiej, już przeżyły swoje,  doświadczyły, wycierpiały.

Córki chcą być wolne. Cierpieć po swojemu.

Lęk przed nadopiekuńczością graniczy z lękiem przed nadmiernym zdystansowaniem. Czy, jeśli pozwolimy im odfrunąć, nie  poczują się odrzucone i samotne?

Dzieci nie muszą zasługiwać na miłość  matek.

Czy matki muszą zasłużyć na miłość  córek? Czasami miałam wrażenie, że tak i się starałam. Niepotrzebnie. 

Czy byłam, jestem dobrą matką? Wystarczająco dobrą?

Jestem córką swojej matki. Nie chciałam być, jak ona. Kocham ją.

 

Dawno temu, moja Córka powiedziała, łykając łzy:

- Mamo, nie jesteś mną, a ja nie jestem tobą... 

 

Córeczko, to jedna z najważniejszych rzeczy, jakie usłyszałam w życiu.  

 

P.S.

Właśnie wysłuchałam autobiograficznej opowieści  Jennette McCurdy, podobno jednej z najsłynniejszych dziecięcych aktorek amerykańskich. Opowieść nosi tytuł "Cieszę się, że moja mama umarła"

" to przejmująca opowieść o wychodzeniu z zaburzeń odżywiania, uzależnień i toksycznej relacji z przemocową matką, a także o mozolnym odzyskiwaniu kontroli nad własnym życiem."

Jennette nie buntowała się, gdy była dzieckiem.

 "Pragnęła  za wszelką cenę zadowolić najważniejszą osobę w swoim życiu"

Po latach walki z poczuciem winy, zdecydowała się na psychoterapię i walkę o siebie. Wtedy dopiero mogła ucieszyć się, że jej mama umarła.

wtorek, 28 lipca 2026

Pełnolecie


Kiedy miewam kryzysy, sięgam zawsze po książkę Sue Atkinson.

Nie pamiętam, kiedy ani gdzie ją kupiłam. Mogłabym natomiast powiedzieć górnolotnie, że mnie uratowała. 

Wśród  licznych propozycji, wskazówek, zachęt i pomysłów na działania znalazło się również zdanie - "zacznij opowiadać swoją historię". 

Zaczęłam. To było naprawdę bardzo terapeutyczne. Przywołało i uwolniło emocje. Rzuciło inne światło na niektóre wydarzenia. Lepiej zrozumiałam samą siebie.

Zapisałam dwa szkolne bruliony.

Kilka lat potem pomyślałam, że może te historie rodzinne,   ci ludzie, którzy gdzieś, kiedyś żyli w koronach naszego genealogicznego drzewa, mogą też pomóc innym, następnym, szukającym odpowiedzi.

Dlatego zaczęłam pisać bloga. 

Dlatego ponad osiemnaście lat temu napisałam pierwszy tytuł: POCZĄTEK.

Niepostrzeżenie historia przekształciła się w teraźniejszość.

Niepostrzeżenie zaczęłam pisać  dziennik.

Po osiemnastu latach, po ponad sześciuset wpisach,  stwierdzam, że to był bardzo dobry pomysł.

Sue Atkinson w dedykacji do swojej książki napisała:

"Tym, którzy mocno trzymali linę asekuracyjną, gdy droga była trudna,

tym, którzy siedzieli ze mną u stóp urwiska i trzymali mnie za rękę,

i tym, którzy przekonali mnie swą miłością, że warto piąć się w górę" 

 

Ja dziękuję wszystkim, którzy mnie zachęcali do pisania i chcieli więcej.

Dziękuję także tym, którzy nie mogą tego przeczytać. 

Dziękuję.  

piątek, 24 lipca 2026

Kryzys


 Mam kryzys

 

 Przegląd od AI

" Kryzys depresyjny to stan silnego cierpienia i dezorganizacji, w którym dotychczasowe sposoby radzenia sobie z problemami przestają wystarczać. 

Objawia się przytłaczającym smutkiem, brakiem energii, utratą sensu życia oraz objawami fizycznymi (np. zaburzenia snu, bóle). Wymaga on wsparcia otoczenia oraz profesjonalnej pomocy terapeutycznej lub psychiatrycznej."

 

Sue Atkinson "Jak wydobyć się z depresji"

 "Jeśli podchodzimy do życia realistycznie, to wkrótce dojdziemy do wniosku,  że niektóre dni są o wiele gorsze od innych"

 "Potrzebujemy odwagi i pomocy, żeby się podźwignąć.

Potrzebujemy osób i rzeczy, które by nam dostarczały pociechy.

Potrzebujemy dużo czasu" 

 

 Członkowie grupy wsparcia NERWICA  I  LĘK

 " też macie często jakieś napady typu, że zaczynacie się dziwnie czuć i już myślicie że umrzecie? "

 

 "Czy miał ktoś kiedyś wrażenie że już nie żyje? ... Że umarliście, a to co się dzieje teraz to powiedzmy jakiś sen czy jakaś inna niewiadoma?"


"Witam macie jakieś rady jak przestać się przejmować opinia innych ludzi ???"


 "Czy ktoś tutaj ma mroczki, błyski, fotopsje od nerwicy? Mam je od rana jak wstanę przez cały dzień i tak codziennie "

 

"Czy potraficie się wyluzować ? Czuję się ciągle spięta i zapowietrzona. Chciałbym poczuć taki totalny luz w sobie, ale nie potrafię."


" Witam... Dopadło mnie do tego stopnia,że kiedyś z takimi stanami załamania czy jakiekolwiek spadku nastroju świetnie leczyło mnie bieganie, czy jazda na rowerze, a teraz tak mnie zblokowało że mam lęk, żeby coś zacząć... "

"Próbuję spać, a nie mogę serce wali i czuję je, jak leżę na boku ,w głowie mnie kłuje po nowym leku SSRI i jak byłam w toalecie na górze się wysikać to miałam myśli żeby wyskoczyć z okna i cały czas silny lęk" 

 

"Czy miewacie w nerwicy samokontrolę ciała? Musicie raz na jakiś czas sprawdzić, czy oddychacie, czy nogi i ręce nie są słabe?Czy tętno jest ok?" 
 
 

 Grupa "Nerwica i lęk"  liczy 54 tysiące członków.

Wpisuję hasła w wyszukiwarkę Facebooka - pokazuje mi się tyle podobnych stron na temat depresji, lęków, nerwicy , fobii, że przestaję liczyć przy dwudziestej...

 

 

Sue Atkinson "Jak wydobyć się z depresji" :

 "Nie ma potrzeby czuć się winnym z tego powodu, że robimy to, co chcemy, żeby przetrwać kryzys.

Mieć kryzys - to  nic złego. jest rzeczą ludzką mieć kryzys, a przecież jesteśmy ludźmi"

 
Mam kryzys, 
Jestem człowiekiem. 

wtorek, 14 lipca 2026

Blogerka

Już prawie połowa lipca,  a tu pustki. Chciałoby się powiedzieć: "głucho wszędzie, co to będzie?"

Niedawno ktoś zapytał w mojej ulubionej audycji radiowej: 

-Kto jeszcze pisze blogi?

I nie było to pytanie  z oczekiwaniem na odpowiedź, a raczej mocno wątpiące. Niedowierzaniem podszyte.

Mogłabym odkrzyknąć  "JA", ale i tak by mnie nie usłyszeli.

Bo kto dzisiaj pisze blogi?

A kto je czyta?

Tekst blogowy przegrywa z obrazkami na Fejsie, filmikami na Jutubie, wygłupami na Tiktoku i shortami na Insta. 

Można tam wstawić wszystko i ma się  tysiące obserwujących, dziesiątki komentarzy i setki lajków.

Pewna pani, lat 74, wstawia swoje pół ubrane zdjęcia,  swoje nogi zstępujące ze schodów, swoje śpiewanie zdartym sopranem i podkreśla za każdym razem, że " ma 74 i jeszcze daje radę"

Pani, lat 85, bez zębów,  wstawia codziennie fotografie swoich wszystkich posiłków.

Inna pani, młoda, promuje swoją otyłość.

Ludzie pytają się wzajemnie, czy przepisany przez lekarza lek jest dobry, albo wstawiają zdjęcia swoich ran, wysypek, znamion, łysin, ropiejących paznokci z pytaniem o diagnozę i poradę. Dostają dziesiątki sprzecznych odpowiedzi.

Sprzedają, kupują, reklamują.

Chwałą się. Albo żalą.

Płaczą.

Opluwają nawzajem.

Skąd ja to wiem? Bo też tam zaglądam. 

Szybko, łatwo, śmiesznie i straszno.

I nie chce mi się pisać.

Świat mnie przerasta.