poniedziałek, 5 października 2026

Wnuk miał wypadek, Syn przebiegł maraton, a ja byłam na koncercie...


 

Dawno temu bardzo spodobał mi się tytuł:

 "Piotrek zgubił dziadka oko, a Jasiek chce dożyć spokojnej starości"

Nosiła go książka dla dzieci, napisana przez Lucynę Legut oraz zrealizowany na  podstawie książki  film z udziałem min. Anny Seniuk.

Tytuł intrygujący i w pewnym sensie streszczający całość.

W piątek napisałam tekst o październiku,  nie biorąc pod uwagę tego, że  on się dopiero zaczyna!

Nie odpukałam w niemalowane!

Nie splunęłam przez lewe ramię.

Wywołałam wilka z lasu. 

Nie jestem przesądna! Ale odpukuję. Często.

Piździernik się rozpiździł  i miniony weekend nafaszerował zdarzeniami.

Wnuk się położył.

Syn pobiegł. Przebiegł 42 kilometry. Z kawałkiem.

Przykuta do aplikacji Garmin Connect śledziłam czerwoną kropkę na trasie poznańskiego maratonu. Biegł prawie 5 godzin. Bez kwadransa.

Dobiegł. Ostatnie metry doszedł. Jak wielu innych, jeden nawet w samych skarpetkach. 

Na mecie rozdawali medale. 

Wnuczka pozostawiona pod opieką Superdziadków  "pobiegła" po własny medal w śremskim Biegu bez barier.

 

( https://www.facebook.com/watch/?v=1119590841006798)

 

Słodka Mała Kopa obchodziła 54-te urodziny. W ogrodzie jesiennym, z tortem. 

Córka się martwiła. 

Plany różne  stawały dęba.

Ja się martwiłam o Wnuka, o Córkę i o Zięcia. (O obu)

Kot Miśka rzygała, jak kot. 

Głowa mnie bolała co rano. 

Córka powiedziała, że powinnam medytować.

Poszłam do kościoła. Na koncert organowy.

Przez całe preludium Bacha wracały mi myśli o moich bliskich. Tych cierpiących, martwiących się, obolałych.

Na koniec zabrzmiał Ferenc Liszt. I poczułam nareszcie to, po co chodzę na koncerty. Absolutne oderwanie od rzeczywistości, jakbym kąpała się w muzyce.

Prowadząca koncert, ciągle ta sama, opowiadająca o muzyce z  ciągle tą sama pasją, Aleksandra Bęben, zapowiedziała, że utwór jest długi.

 

"Fantazja i fuga na temat chorału „Ad nos, ad salutarem undam” S.259 Franciszka Liszta to monumentalny utwór na organy, skomponowany zimą 1850 roku. [1]

Kompozycja należy do najtrudniejszych, najdłuższych i najbardziej imponujących dzieł w literaturze organowej XIX wieku. Łączy w sobie formę fantazji, adagia i potężnej fugi, wykazując głęboki dramatyzm i symfoniczny rozmach."

 

Kiedy się ocknęłam  z tego organowego transu, było już 30 minut później.

Z góry, wśród wielkich braw, zeszła młoda, szczupła i drobna kobieta. Dziewczyna właściwie. Kłaniała się skromnie.

Nie mam pojęcia, jak ktoś tak delikatny potrafi okiełznać organy i wydobyć z nich coś tak potężnego.

Październik dopiero wystartował. 

Odpukuję. Spluwam. Mogę nawet czerwoną wstążeczkę  od uroków zawiązać. Niech nie dzieje się już nic bardziej stresującego. 

Nie jestem przesądna.

Ale lepiej nie wypowiadać w złą godzinę. 

P.S. 

Sąd odrzucił wniosek o umorzenie postępowania sanacyjnego w sprawie budowy bloków na Tuwima - nie ogarniam do końca sensu, ale podobno to powód do uciechy. 

Uf! 

piątek, 2 października 2026

Pa, ździernik.

Powinien się nazywać Pa!Wrzesień. Albo chociaż Powrzesień.

Kto wie, co to są do licha paździerze? 

Ja niby wiem, ale takiej definicji i tak bym nie wymyśliła:

 "paździerze to zdrewniałe części łodyg roślin włóknistych (głównie lnu lub konopi), które odpadają podczas ich międlenia i trzepania, czyli oddzielania włókna."

Międlenie to i trzepanie odbywało się drzewiej właśnie w tej porze roku - i urodził się październik. Słowo służące w innych językach cywilizowanych do opluwania się.

Swoją drogą,  przeważające tam octobry, octubry i oktjabry też nijak się mają do realiów, gdyż jak wiadomo w kalendarzu gregoriańskim jest to miesiąc dziesiąty! 

Bardzo ładnie wywinęli się z tego nazewnictwa Czesi - ich říjen oznacza okres godowy jeleni, które oczywiście wtedy ryczą.

A u Chorwatów, ciekawostka, dziesiąty miesiąc, to listopad. No i uniknęli łamania języka.

Czego to się człowiek nie dowie, przy okazji pisania bloga! 

Ale  miało być nie  o tym.

To znaczy o październiku, ale nie o etymologii.

Nie znam żadnego przysłowia o październiku, co by się fajnie rymowało, więc wymyślam:

W październiku dat bez liku! 

Ano właśnie. Bogaty ten miesiąc  w naszych rodzinach w rocznice, uroczystości  i inne "ku pamięci" wydarzenia.

Najsłodsze dziecko mojego osiemnastoletniego życia - Mała Kopa Agunia, zaczyna ten maraton. Potem rodziła  się Ania. I Maciek. Bożenka i jej wnuczka Zuzanka. Sabinka 15-tego, a Marcel 20-tego. I Tadeusz. Po nim Wiesia Seweryna.  A także Łukasz Cytryna.

Dzień po dniu imieniny Sabinki i Tadzia.

Urszule i Jadwigi zbierają życzenia, a znałam tych Ulek i Jadziek sporo. 

Świętują nauczyciele. Kiedyś też żołnierze.

1-szego października rozpoczynaliśmy przez lata rok akademicki. Tradycja trwa. 

No i śluby. W roku 1936, w 1946, po długiej przerwie w 1971.

I, niedawno całkiem, w 2024. 

Jest też data najsmutniejsza.  Pamiętam, to było w sobotę...

Ile jeszcze październik może pomieścić? 

Rzut oka w rok 1980.

A  23-go października 1971 roku, w sobotę,  był duży wiatr. 

Może to był wiatr historii?


środa, 30 września 2026

C.d.

 

 

Zaczęłam zapisywać rzeczywistość w roku 1969. 

Wcześniejsza Ja pozostaję w zamglonych wspomnieniach  i na nie za licznych zdjęciach. Te skrawki wspomnień są zawsze takie same. 

O, rozczarowanie! W pamiętniku prowadzonym w latach 1969 -1973 prawie same ogólniki. Wiadomo, Sturm und drang! (kopiuj i wklej w Google tłumacz, jeśli nie wiesz o co kaman)

29-tego września pisałam: "życie, to pyszna  rzecz!", a 5-go listopada:"JESTEM WŚCIEKŁA". Z podkreśleniem.

W styczniu byłam zakochana.  W lutym już mi przeszło.

Rok 70-ty pełen wzlotów i upadków emocjonalnych, zachwytów światem, ludźmi, filmami, teatrem, radości z publikowanych w "Na Przełaj" tekstów. Ale doznałam także bólu rozczarowań, osamotnienia i braku wsparcia.

10.IX. 1971

"Dlaczego tylu wokół mnie JEST, a tylko mnie NIE MA?"

Cóż, dzięki tym wszystkim rozhuśtanym zapiskom  mogę zobaczyć, jak dojrzewałam, jak rodziła się we mnie OSOBA.

Jeden z ostatnich zapisów w pierwszym zeszycie:

2.X. 73

"Złożyłam ślubowanie, dostałam indeks i legitymację studencką. jestem studentką. Jestem, jestem!" 

Mało tam było konkretów, opisane jakieś pojedyncze dni, jak ten, gdy nasz chemik spadł z krzesła w czasie lekcji, gdy akurat chciał postawić lufę Joli J.

Albo ten, gdy towarzyszyłam kuzynce Danusi do przychodni stomatologicznej. W tym opisie był nawet kolor ścian, odgłosy szurania wiadrem po posadzce przez panią sprzątaczkę, ciemna ciemność wieczornego powrotu ulicą Lutomierską, ciężki oddech Danusi, która miała zatkany od płaczu nos...

Wspomnienia żyją dzięki szczegółom. 

Czy będzie c.d?

Nie powiem. 

piątek, 25 września 2026

Kupa mięci.


Tak sobie rozmyślałam ostatnio o fenomenie pamięci ludzkiej.

Pamiętamy różne ważne momenty z życia. Śluby - własne i bliskich nam osób, narodziny dzieci, śmierć ukochanych, najmilszy prezent gwiazdkowy, smak naleśników smażonych przez mamę...

Pamiętamy dzięki emocjom, które towarzyszyły tym wydarzeniom, albo dzięki zdjęciom. 

Mijają lata i nagle okazuje się, że jest ich już bardzo dużo za nami.

Jak to? Dopiero co  zdawałam maturę! 

Przecież pamiętam  naszą pierwszą randkę, jakby to było wczoraj!

No, może przedwczoraj.

Wczoraj Córka zdawała egzamin dyplomowy. Pojechałam na Uniwersytet prosto ze szpitala od Męża, kupiłam czekoladki, jej ulubione, miałam na sobie czerwony płaszcz  i brązowy szal, a ona była ubrana w krótką spódniczkę i białą bluzkę. Po korytarzu spacerowali nerwowo inni zdający, a obok w sekretariacie siedziały "panie z dziekanatu", takie same jak wszystkie panie ze wszystkich dziekanatów...

A dzisiaj jest już ponad 20 lat później.

20 lat z rozbłyskami wspomnień   ważnych chwil.

A przedtem ze 40 lat skurczonych do kilku wydarzeń.

Pomiędzy - szara mgła codzienności.

Tak więc siedzę i rozmyślam o tym niezwykłym zjawisku.

A potem sobie przypominam. A właściwie tylko zerkam w bok.  

Z lewej strony mojego biurka  stoi sobie spisana w kilku zeszytach przeszłość. 

Zaglądam i znajduję taką perełkę. 

Przeczytaj Bracie.

 


 A ciąg dalszy nastąpi. 


Errata:


 



 

piątek, 18 września 2026

Szock!

 

 

Kasłałam. W lutym.

W marcu też kasłałam.

Przy wydechu gwizdało mi w oskrzelach.

Poszłam do doktora. Doktorowej (doktorki?)

- Infekcja była?

- Nie.

- Gorączka?

- Nie.

- Inne objawy?

- Nie.

- No, coś pani świszcze, ale nie wygląda to na zapalenie.

- Uczulona jest pani na coś?

- Nie.

Może jednak...

Lek na alergię nie pomógł wcale.

Hm...

Lek wziewny dla astmatyków  pomógł na chwilę. Dokładnie na tydzień.

Prześwietlenie płuc.  

"Delikatne, plamiste zagęszczenia, mogące odpowiadać odoskrzelowym zmianom zapalnym"

Ale! W badaniu krwi na CRP zero zapalenia.

Hm, hm...

Dostałam skierowanie do pulmonologa. 

Był maj. Kwitły bzy.

Kasłałam.

Termin do pulmonologa na 6-go sierpnia. 

Tak gdzieś koło końca lipca, miła pani z rejestracji poinformowała mnie, że "pani doktor jest chora i proszę przyjść 20-tego."

Proszę bardzo. Poszłam.

Scen z korytarza przed gabinetem nie będę opisywać, bo wyszłaby epistoła.

Pani doktor/ożka pulmonolog/ożka  Dorota siedziała za wielką plastikową osłoną i stukała w klawiaturę.

- Alergie?

- Nie. 

- Infekcje?

- Nie.

Spojrzała podejrzliwie.

- Ale tu jest napisane, że są zmiany zapalne!

- Ale bez innych objawów...

Prychnęła. Wyszła zza płachty.  Osłuchała mnie. Nic nie powiedziała.

Wróciła za płachtę. Stukała w klawiaturę.

- No to zrobimy jeszcze badania i zobaczymy, co wyjdzie. Jak przyjdą wyniki, to zadzwonię do pani. 

- Niech sobie pani bańki postawi! - poradziła na pożegnanie.

Sobie baniek nie postawiłam.  Poszłam na badania.

Wyniki przyszły po pięciu dniach na moją pocztę  mailową. 

Wszystko tam było w porządku poza takimi jakimiś na "ch", co były dodatnie.

Tu cię mamy!

Czekałam na telefon od pulmonolożki Doroty.

Czekałam. 

Czekałam.

Zadzwoniłam do poradni, żeby umówić się na wizytę i dowiedzieć się, co dalej.

- Proszę bardzo - powiedziała miła pani w rejestracji - 10-tego grudnia. 

Tego roku.

Minął sierpień. 

Przedwczoraj poszłam do profesora K. w celu zaszczepienia się przeciw grypie.  Zabrałam wyniki, bo a nuż te dodatnie na "ch" będą przeciwwskazaniem. Nie były.

Profesor K.  obejrzał wyniki dokładnie i powiedział, że mam "młode" te na "ch." i zapisał mi antybiotyk.

Antybiotyk nabyłam za   złotych 98,91.  Zażyłam.

I tu następuje tytułowy Szock! 

Wczoraj. O godzinie 19.45. Zadzwonił telefon.

- Dobry wieczór, tu pulmonolożka Dorota. Przyszły wyniki, jak tam kaszel?

Tak mnie zatkało, że chwilę cisza trwała na łączach. 

Wyjaśniłam sytuację.

- Aha - powiedziała - to zobaczymy. Zadzwonię za tydzień. 

Robimy zakłady? 


 

 

 

wtorek, 15 września 2026

Syndrom O'Hary

 

Była sobie taka Scarlett O'Hara, kto czytał książkę, albo oglądał film, ten wie.

(Ja nie oglądałam, ani nie czytałam, ale też wiem)

Kiedy życie dawało jej w kość, rzeczona Scarlett mawiała  "pomyślę o tym jutro"

Ponieważ ani nie czytałam, ani nie oglądałam, to nie wiem, czy "jutro" przynosiło rozwiązania i czy Scarlett nie wychodziła na tym powiedzeniu, jak przysłowiowy Zabłocki na przysłowiowym mydle.

Podejrzewam, że nie skoro udało jej się przeżyć przez prawie 1500 stron książki, poślubić trzech mężczyzn w ciągu niespełna 11 lat i każdemu z nich urodzić dziecko. 

Jak widać, jej strategia życiowa działała. 

Dlatego ostatnio ulubionym moim powiedzeniem jest "zrobię to jutro"

Wiem, że samo jutro się nie zrobi, ale może przestanie być ważne, okaże się nikomu niepotrzebne albo da się przełożyć na pojutrze.

I jest to drastyczne zaprzeczenie wpajanej nam przez pracowite matki zasady: " co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj"

Mądra (bo sztuczna?) inteligencja powiada wprawdzie:

 Działanie z wyprzedzeniem: Ogranicza stres związany z nagromadzeniem zadań na ostatnią chwilę.

 Oraz :

 Spokój psychiczny: Pozwala zyskać poczucie kontroli nad własnym czasem.

Taaa...

A jutro znowu " co masz zrobić jutro..."

 Jest tylko DZISIAJ.

 

Co ja właściwie chciałam powiedzieć?

Jutro się zastanowię. 

P.S.

Wiem, że notoryczne odkładanie na później, to  prokrastynacja, ale nie podoba mi się to słowo. Prawie tak samo, jak "obstrukcja"



 

czwartek, 3 września 2026

Miasto moje, a w nim...



Ulica św. Wjeciecha

Musiałam odbyć onegdaj podróż z punktu A do punktu B. 

Z podpunktami.

Wyruszyłam z punktu A o 14. 15

Po dziesięciu minutach dotarłam do punktu A' i wsiadłam do tramwaju, który właśnie podjechał, zgodnie z wyznawaną zasadą "byle do przodu". W punkcie A'' miały czekać do wyboru dwie linie, jeszcze niedawno czekały. Ale!

Miasto moje, pełne rozkopów i niespodzianek skierowało jedną z owych na inne osiedle. Cóż. Życie i MPK.

W punkcie A'' czekałam minut 10. 

Wsiadłam i zabrałam się za czytanie. 

Dygresja:

Czytam bardzo interesującą biografię  Jana Brzechwy, który nazywał się Jan Lesman i wcale nie marzył o tym, aby zostać uznanym poetą dla dzieci.

Marzył, aby zostać poetą lirycznym, co najmniej tak dobrym, jak jego kuzyn Bolek Leśmian (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa), ale niemiłosierni krytycy nie zostawiali panu Janowi  złudzeń. 

Lepiej szło mu pisanie utworów satyrycznych do znanych warszawskich kabaretów. Piosenki z jego tekstami śpiewali min.Hanka Ordonówna, Eugeniusz Bodo, Adolf Dymsza.

Podobno był pan Brzechwa bardzo przystojny i romansowy. 

Podobno pomieszkiwał rotacyjnie u licznych swoich dam serca.

Podobno pierwsze rymowane wierszyki dla dzieci napisał dla przedszkolanki,  z którą flirtował. 

Podobno, podobno, plotki, ptasie plotki...

Na pewno miał trzy żony,  na pewno skończył prawo, był jednym z założycieli ZAiKS-u, świetnym adwokatem i radcą prawnym.

O jedynym, wydanym tomie poezji lirycznej "Oblicza zmyślone" nikt już nie wspomina.

Kaczka Dziwaczka, Pchła Szachrajka, Pan Kleks i wiele innych szalonych, uroczych i nieoczywistych postaci ciągle pozostaje  w naszej pamięci. 

Koniec dygresji

Dygresja była długa, tak jak długa była moja podróż.

Tramwaj wlókł się jak włoski makaron, zabierając i zostawiając na przystankach spoconych  pasażerów. Towarzyszyły mu sznury aut wiozących, wkurzonych zapewne, kierowców.

Tzw."tymczasowe zmiany w komunikacji" przeszły w stan "ciężki ale stabilny"'

O godzinie 15.20 pomyślałam z ulgą : "jeszcze tylko 10 minut".

O godzinie 15.23 pani Motornicza oznajmiła: "proszę państwa, dalej nie pojedziemy, jest kolizja autobusu z tramwajem"

Prawdę powiedziała. Nie pojechaliśmy.

Z pobliskiego przystanku autobusowego w punkcie A''' powinien odjechać w pożądanym kierunku autobus o 15.42.

Ale nie odjechał. Bo nie przyjechał. Ani ten o 16.02.

Przyjechał inny, całkiem nieoczekiwany o 16.24.

W ekspresowym tempie, w minut 9 dowiózł mnie do punktu przedostatniego A'''' o godzinie  16.33.

Stamtąd już rzut beretką i dotarłam do punktu B o 16.40. 

Nakarmiłam koty i wypiłam kawę.

I przypomniał mi się dialog prowadzony przez dwóch panów na przystanku autobusowym:

Pan Pierwszy:

- Już k...wa trzecie sześćdziesiąt dziewięć, a naszego nie ma! 

Pan Drugi: (filozoficznie)

- No... Ale nie ma co wyglądać, jak ma przyjechać, to przyjedzie. A te panie, co tak wypatrują (tu pokazał na nas, zdesperowane pasażerki, stojące na palcach, z dłońmi nad oczami, dla ochrony przed słońcem, wpatrujące się w siną dal ulicy), to wyglądają jak te zwierzątka takie, no te...

Pan Pierwszy: (wykrzykując z zadowoleniem, że wie) 

-Surokatki!

A w głowie mojej, przegrzanej  i zmaltretowanej przez podróż z punktu A do punktu B powstała myśl:

"Nie mówi się surokatki, tylko  surojadki!"

A kto się teraz śmieje niech wie, że surojadki istnieją naprawdę .

W przeciwieństwie do krasnoludków i surokatek. 


Szczęśliwych podróży!