piątek, 18 września 2026

Szock!

 

 

Kasłałam. W lutym.

W marcu też kasłałam.

Przy wydechu gwizdało mi w oskrzelach.

Poszłam do doktora. Doktorowej (doktorki?)

- Infekcja była?

- Nie.

- Gorączka?

- Nie.

- Inne objawy?

- Nie.

- No, coś pani świszcze, ale nie wygląda to na zapalenie.

- Uczulona jest pani na coś?

- Nie.

Może jednak...

Lek na alergię nie pomógł wcale.

Hm...

Lek wziewny dla astmatyków  pomógł na chwilę. Dokładnie na tydzień.

Prześwietlenie płuc.  

"Delikatne, plamiste zagęszczenia, mogące odpowiadać odoskrzelowym zmianom zapalnym"

Ale! W badaniu krwi na CRP zero zapalenia.

Hm, hm...

Dostałam skierowanie do pulmonologa. 

Był maj. Kwitły bzy.

Kasłałam.

Termin do pulmonologa na 6-go sierpnia. 

Tak gdzieś koło końca lipca, miła pani z rejestracji poinformowała mnie, że "pani doktor jest chora i proszę przyjść 20-tego."

Proszę bardzo. Poszłam.

Scen z korytarza przed gabinetem nie będę opisywać, bo wyszłaby epistoła.

Pani doktor/ożka pulmonolog/ożka  Dorota siedziała za wielką plastikową osłoną i stukała w klawiaturę.

- Alergie?

- Nie. 

- Infekcje?

- Nie.

Spojrzała podejrzliwie.

- Ale tu jest napisane, że są zmiany zapalne!

- Ale bez innych objawów...

Prychnęła. Wyszła zza płachty.  Osłuchała mnie. Nic nie powiedziała.

Wróciła za płachtę. Stukała w klawiaturę.

- No to zrobimy jeszcze badania i zobaczymy, co wyjdzie. Jak przyjdą wyniki, to zadzwonię do pani. 

- Niech sobie pani bańki postawi! - poradziła na pożegnanie.

Sobie baniek nie postawiłam.  Poszłam na badania.

Wyniki przyszły po pięciu dniach na moją pocztę  mailową. 

Wszystko tam było w porządku poza takimi jakimiś na "ch", co były dodatnie.

Tu cię mamy!

Czekałam na telefon od  laryngolożki Doroty.

Czekałam. 

Czekałam.

Zadzwoniłam do poradni, żeby umówić się na wizytę i dowiedzieć się, co dalej.

- Proszę bardzo - powiedziała miła pani w rejestracji - 10-tego grudnia. 

Tego roku.

Minął sierpień. 

Przedwczoraj poszłam do profesora K. w celu zaszczepienia się przeciw grypie.  Zabrałam wyniki, bo a nuż te dodatnie na "ch" będą przeciwwskazaniem. Nie były.

Profesor K.  obejrzał wyniki dokładnie i powiedział, że mam "młode" te na "ch." i zapisał mi antybiotyk.

Antybiotyk nabyłam za   złotych 98,91.  Zażyłam.

I tu następuje tytułowy Szock! 

Wczoraj. O godzinie 19.45. Zadzwonił telefon.

- Dobry wieczór, tu laryngolożka Dorota. Przyszły wyniki, jak tam kaszel?

Tak mnie zatkało, że chwilę cisza trwała na łączach. 

Wyjaśniłam sytuację.

- Aha - powiedziała - to zobaczymy. Zadzwonię za tydzień. 

Robimy zakłady? 


 

 

 

wtorek, 15 września 2026

Syndrom O'Hary

 

Była sobie taka Scarlett O'Hara, kto czytał książkę, albo oglądał film, ten wie.

(Ja nie oglądałam, ani nie czytałam, ale też wiem)

Kiedy życie dawało jej w kość, rzeczona Scarlett mawiała  "pomyślę o tym jutro"

Ponieważ ani nie czytałam, ani nie oglądałam, to nie wiem, czy "jutro" przynosiło rozwiązania i czy Scarlett nie wychodziła na tym powiedzeniu, jak przysłowiowy Zabłocki na przysłowiowym mydle.

Podejrzewam, że nie skoro udało jej się przeżyć przez prawie 1500 stron książki, poślubić trzech mężczyzn w ciągu niespełna 11 lat i każdemu z nich urodzić dziecko. 

Jak widać, jej strategia życiowa działała. 

Dlatego ostatnio ulubionym moim powiedzeniem jest "zrobię to jutro"

Wiem, że samo jutro się nie zrobi, ale może przestanie być ważne, okaże się nikomu niepotrzebne albo da się przełożyć na pojutrze.

I jest to drastyczne zaprzeczenie wpajanej nam przez pracowite matki zasady: " co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj"

Mądra (bo sztuczna?) inteligencja powiada wprawdzie:

 Działanie z wyprzedzeniem: Ogranicza stres związany z nagromadzeniem zadań na ostatnią chwilę.

 Oraz :

 Spokój psychiczny: Pozwala zyskać poczucie kontroli nad własnym czasem.

Taaa...

A jutro znowu " co masz zrobić jutro..."

 Jest tylko DZISIAJ.

 

Co ja właściwie chciałam powiedzieć?

Jutro się zastanowię. 

P.S.

Wiem, że notoryczne odkładanie na później, to  prokrastynacja, ale nie podoba mi się to słowo. Prawie tak samo, jak "obstrukcja"



 

czwartek, 3 września 2026

Miasto moje, a w nim...



Ulica św. Wjeciecha

Musiałam odbyć onegdaj podróż z punktu A do punktu B. 

Z podpunktami.

Wyruszyłam z punktu A o 14. 15

Po dziesięciu minutach dotarłam do punktu A' i wsiadłam do tramwaju, który właśnie podjechał, zgodnie z wyznawaną zasadą "byle do przodu". W punkcie A'' miały czekać do wyboru dwie linie, jeszcze niedawno czekały. Ale!

Miasto moje, pełne rozkopów i niespodzianek skierowało jedną z owych na inne osiedle. Cóż. Życie i MPK.

W punkcie A'' czekałam minut 10. 

Wsiadłam i zabrałam się za czytanie. 

Dygresja:

Czytam bardzo interesującą biografię  Jana Brzechwy, który nazywał się Jan Lesman i wcale nie marzył o tym, aby zostać uznanym poetą dla dzieci.

Marzył, aby zostać poetą lirycznym, co najmniej tak dobrym, jak jego kuzyn Bolek Leśmian (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa), ale niemiłosierni krytycy nie zostawiali panu Janowi  złudzeń. 

Lepiej szło mu pisanie utworów satyrycznych do znanych warszawskich kabaretów. Piosenki z jego tekstami śpiewali min.Hanka Ordonówna, Eugeniusz Bodo, Adolf Dymsza.

Podobno był pan Brzechwa bardzo przystojny i romansowy. 

Podobno pomieszkiwał rotacyjnie u licznych swoich dam serca.

Podobno pierwsze rymowane wierszyki dla dzieci napisał dla przedszkolanki,  z którą flirtował. 

Podobno, podobno, plotki, ptasie plotki...

Na pewno miał trzy żony,  na pewno skończył prawo, był jednym z założycieli ZAiKS-u, świetnym adwokatem i radcą prawnym.

O jedynym, wydanym tomie poezji lirycznej "Oblicza zmyślone" nikt już nie wspomina.

Kaczka Dziwaczka, Pchła Szachrajka, Pan Kleks i wiele innych szalonych, uroczych i nieoczywistych postaci ciągle pozostaje  w naszej pamięci. 

Koniec dygresji

Dygresja była długa, tak jak długa była moja podróż.

Tramwaj wlókł się jak włoski makaron, zabierając i zostawiając na przystankach spoconych  pasażerów. Towarzyszyły mu sznury aut wiozących, wkurzonych zapewne, kierowców.

Tzw."tymczasowe zmiany w komunikacji" przeszły w stan "ciężki ale stabilny"'

O godzinie 15.20 pomyślałam z ulgą : "jeszcze tylko 10 minut".

O godzinie 15.23 pani Motornicza oznajmiła: "proszę państwa, dalej nie pojedziemy, jest kolizja autobusu z tramwajem"

Prawdę powiedziała. Nie pojechaliśmy.

Z pobliskiego przystanku autobusowego w punkcie A''' powinien odjechać w pożądanym kierunku autobus o 15.42.

Ale nie odjechał. Bo nie przyjechał. Ani ten o 16.02.

Przyjechał inny, całkiem nieoczekiwany o 16.24.

W ekspresowym tempie, w minut 9 dowiózł mnie do punktu przedostatniego A'''' o godzinie  16.33.

Stamtąd już rzut beretką i dotarłam do punktu B o 16.40. 

Nakarmiłam koty i wypiłam kawę.

I przypomniał mi się dialog prowadzony przez dwóch panów na przystanku autobusowym:

Pan Pierwszy:

- Już k...wa trzecie sześćdziesiąt dziewięć, a naszego nie ma! 

Pan Drugi: (filozoficznie)

- No... Ale nie ma co wyglądać, jak ma przyjechać, to przyjedzie. A te panie, co tak wypatrują (tu pokazał na nas, zdesperowane pasażerki, stojące na palcach, z dłońmi nad oczami, dla ochrony przed słońcem, wpatrujące się w siną dal ulicy), to wyglądają jak te zwierzątka takie, no te...

Pan Pierwszy: (wykrzykując z zadowoleniem, że wie) 

-Surokatki!

A w głowie mojej, przegrzanej  i zmaltretowanej przez podróż z punktu A do punktu B powstała myśl:

"Nie mówi się surokatki, tylko  surojadki!"

A kto się teraz śmieje niech wie, że surojadki istnieją naprawdę .

W przeciwieństwie do krasnoludków i surokatek. 


Szczęśliwych podróży!

niedziela, 30 sierpnia 2026

Janioły

Uszyłam Anioła.

Konkretnie Anioła  Gabriela. Jakby kto wątpił.

Kiedy tak na niego patrzę, to  raczej Aniołek Gabrielek. Czyli Gabryś.

Pod koniec roku zagra główną rolę  w teatrzyku naszym, co się nazywa Seniorek.

To nie pierwszy anioł mojej produkcji. 

A kiedy się rozglądam, widzę, że otacza mnie sporo różnych aniołów. Mniejszych i większych. Ładniejszych i brzydszych (o ile anioły mogą być brzydkie).

Wiem, mogą być też anioły upadłe, o tych nie mówimy. Ani nie myślimy.

 

Bardzo lubię swojego grubego, rudego anioła, którego przywieźliśmy dawno temu z Krościenka.

Wygląda na przyzwoitego.

Chociaż, zasadniczo, w anioły wierzę  mniej więcej tak samo, jak w krasnoludki i Smoka Wawelskiego.

Kiedyś wierzyłam w Anioła Stróża, tego, co to czuwa nad parą dzieci przechodzących przez strumyk. Był jakiś bardziej wiarygodny i przystępny, niż reszta świętych. Poza tym był ładny. A może ładna. Z długimi lokami i w pastelowych sukniach.

Nie pamiętam, kiedy wierzyć przestałam. 

 

Przegląd od AI

Anioły to czyste duchy, co oznacza, że nie mają fizycznego ciała, materialnej formy ani płci. W swojej prawdziwej naturze są niewidzialnymi posłańcami Boga. Kiedy jednak ukazywały się ludziom w Biblii lub przybierały konkretną postać, ich wygląd zależał od ich rangi i roli.

 

Anielica przywieziona przez Męża z Krakowa

 

A to całkiem szczególny anioł zrobiony na terapii zajęciowej w Ośrodku Dziennego Pobytu

 

 

 Anioł niosący światło

 


 I ten, gaszący płomień.


Przegląd od AI
Człowieka o cechach anioła (tzw. ziemskiego anioła) można rozpoznać po głębokiej empatii, bezinteresownej trosce o innych oraz wewnętrznym spokoju, który wnosi w życie otoczenia.

wtorek, 25 sierpnia 2026

Siemanko!


 

Siemanko! To okrzyk, którym wita się z widzami Wiola Błazucka  na swoim kanale youtubowym "Pierogi  z kimchi"

Trafiłam na niego przypadkiem, pewnie ze trzy lata temu. Obejrzałam i zostałam. 

Wiola jest niezwykle sympatyczna, bezpretensjonalna, naturalna i spontaniczna. 

Mieszka w Korei Południowej od dziewięciu lat. 

Zakochała się w kraju i w Koreańczyku. Wyszła za mąż, urodziła dwoje dzieci.  

W swoich filmach opowiada o zwykłym, codziennym życiu. 

Wychodzi na spacer z córką i komentuje to, co akurat widzi. 

Wydarzenia uliczne, aktualną pogodę, dźwięki cykad, kwitnące wiśnie, modę, miejską komunikację.

Tłumaczy napisy i reklamy. Robi zakupy. Wędruje po centrach handlowych. Odwiedza fryzjera i kosmetyczkę. 

Odpowiada na pytania followersów.  

Pytań jest dużo.

O zwyczaje, o działania rożnych instytucji - służby zdrowia, szkolnictwa, kościoła, urzędów. O  rynek pracy, o opiekę socjalną, o koreańskie seriale, o konflikty pokoleniowe...

Rozmawia z Koreańczykami o Korei. 

Z Polakami o Koreańczykach. 

W piątki na ekranie gotuje  razem z dziećmi (7 i 2 lata) szybkie, koreańskie dania. Dzieci mieszają, kroją, dosypują i próbują.

- Dobre? - pyta Wiola po polsku. Kiwają głowami z entuzjazmem. 

Napisała trzy książki kucharskie,  wydane przez polskie wydawnictwo.

Z dwójką dzieci, wózkiem, czterema  walizkami, dwoma torbami (dużą i małą), i plecakiem (średnim) przyleciała w lipcu do Polski na spotkania autorskie ze swoimi czytelnikami.

Sale były pełne, wiele osób  zaczepiało  ją na ulicy i wołało  "siemanko!".

Wiola rozdawała podpisy i uśmiechy. A śmieje się naturalnie i szczerze, bo Wiola się nie kreuje, naprawdę lubi  ludzi.


Dlaczego ja w ogóle o niej piszę?

Otóż podziwiam Wiolę i jej zazdroszczę. 

Podziwiam za pracowitość i zazdroszczę systematyczności.

Miałam takie postanowienie noworoczne, że napiszę co najmniej trzy posty w miesiącu. Wychodzi 36 w roku.  

Wiola wstawia swoje filmiki systematycznie, na ogół trzy razy w tygodniu!

Ktoś tu kiedyś wspomniał, żeby pisać o wszystkim i o byle czym.

Bo to też może być ciekawe.

Kto wie, kto wie...

No, to ...pa, pa!!! 

 

środa, 12 sierpnia 2026

Relacje

Jakiś czas temu przeczytałam książkę "Rok magicznego myślenia" autorstwa Joan Didion. Sięgnęłam po nią, bo fragment zapowiadający brzmiał:

 "Siadasz do kolacji i życie, jakie znasz, się kończy. Ta książka to przejmująca opowieść o żałobie. (...) 

Precyzyjna, ale jednocześnie wrażliwa i czuła narracja dotyka uniwersalnego znaczenia tych doświadczeń, sprawiając, że „Rok magicznego myślenia" jest wymieniany pośród stu najważniejszych książek, które trzeba przeczytać w życiu." 

Nigdy wcześniej nie słyszałam o Joan Didion, chociaż opisywana jest jako  wybitna amerykańska dziennikarka, eseistka, powieściopisarka i scenarzystka. Współtworzyła z mężem Johnem Gregorym Dunne’em scenariusze do kilku filmów, całkiem znanych, z takimi gwiazdami jak Al Pacino, Barbra Streisand, Robert De Niro, Robert Redford, Michelle Pfeiffer...

 

Przeczytałam "Rok magicznego myślenia" i w jakiś szczególny sposób poczułam więź z Joan Didion. 

Dziwne, zważywszy na różnicę wieku, statusu społecznego, odległości, różnicę kulturową i wszystkie inne, wydawałoby się, same różnice. 

Ale, jak widać, "z jednej tkaniny wszyscy jesteśmy..."

Czytam teraz "Notatki dla Johna".

Joan Didion przez półtora roku uczęszczała na psychoterapię. Po każdej sesji sporządzała notatki, które w założeniu były przeznaczone dla męża.

"Notowała rozmowy o alkoholizmie, adopcji, depresji i lęku, o napięciach rodzinnych i poczuciu winy, o zawiłościach relacji z córką, Quintaną" 

Książka nie jest łatwa w odbiorze, ze względu na formę. Dużo tam zdań typu "powiedziałam, że powiedziała, że myśli, że ja myślę..."

Mimo to rozumiem dobrze Joan Didion.

 

Chcemy być dobrymi matkami. 

Chcemy dobrze wychować swoje córki.

Skąd wiemy, jak to jest "dobrze"?

Z ogólnie  przyjętych norm i wzorców. Nauczyciele o tym mówią. Książki o wychowaniu. Eksperci od relacji społecznych. Programy telewizyjne. Familijne filmy. Bajki o dwóch złych siostrach i jednej dobrej sierotce.

Ludzie nam to mówią. Obcy i znajomi. 

"Niech pani coś jej powie..."

Pediatrzy, psycholodzy i pedagodzy.  

Czasem mówi nam o tym teściowa.

Wierzymy im albo nie.

No, i matka. 

Bo: "wszyscy nosimy w swoich głowach drobne fragmenty naszych matek i ojców"

Można by, parafrazując Ewangelię, rzec - na początku była matka.

Nie chcę być, jak moja matka.

Jestem, jak moja matka.

Miotam się między buntem, a poczuciem winy.

Matki chcą jak najlepiej, Dla córek.

Córki chcą być sobą. 

Matki wiedzą lepiej, już przeżyły swoje,  doświadczyły, wycierpiały.

Córki chcą być wolne. Cierpieć po swojemu.

Lęk przed nadopiekuńczością graniczy z lękiem przed nadmiernym zdystansowaniem. Czy, jeśli pozwolimy im odfrunąć, nie  poczują się odrzucone i samotne?

Dzieci nie muszą zasługiwać na miłość  matek.

Czy matki muszą zasłużyć na miłość  córek? Czasami miałam wrażenie, że tak i się starałam. Niepotrzebnie. 

Czy byłam, jestem dobrą matką? Wystarczająco dobrą?

Jestem córką swojej matki. Nie chciałam być, jak ona. Kocham ją.

 

Dawno temu, moja Córka powiedziała, łykając łzy:

- Mamo, nie jesteś mną, a ja nie jestem tobą... 

 

Córeczko, to jedna z najważniejszych rzeczy, jakie usłyszałam w życiu.  

 

P.S.

Właśnie wysłuchałam autobiograficznej opowieści  Jennette McCurdy, podobno jednej z najsłynniejszych dziecięcych aktorek amerykańskich. Opowieść nosi tytuł "Cieszę się, że moja mama umarła"

to przejmująca opowieść o wychodzeniu z zaburzeń odżywiania, uzależnień i toksycznej relacji z przemocową matką, a także o mozolnym odzyskiwaniu kontroli nad własnym życiem."

Jennette nie buntowała się, gdy była dzieckiem.

 "Pragnęła  za wszelką cenę zadowolić najważniejszą osobę w swoim życiu"

Po latach walki z poczuciem winy, zdecydowała się na psychoterapię i walkę o siebie. Wtedy dopiero mogła ucieszyć się, że jej mama umarła.

wtorek, 28 lipca 2026

Pełnolecie


Kiedy miewam kryzysy, sięgam zawsze po książkę Sue Atkinson.

Nie pamiętam, kiedy ani gdzie ją kupiłam. Mogłabym natomiast powiedzieć górnolotnie, że mnie uratowała. 

Wśród  licznych propozycji, wskazówek, zachęt i pomysłów na działania znalazło się również zdanie - "zacznij opowiadać swoją historię". 

Zaczęłam. To było naprawdę bardzo terapeutyczne. Przywołało i uwolniło emocje. Rzuciło inne światło na niektóre wydarzenia. Lepiej zrozumiałam samą siebie.

Zapisałam dwa szkolne bruliony.

Kilka lat potem pomyślałam, że może te historie rodzinne,   ci ludzie, którzy gdzieś, kiedyś żyli w koronach naszego genealogicznego drzewa, mogą też pomóc innym, następnym, szukającym odpowiedzi.

Dlatego zaczęłam pisać bloga. 

Dlatego ponad osiemnaście lat temu napisałam pierwszy tytuł: POCZĄTEK.

Niepostrzeżenie historia przekształciła się w teraźniejszość.

Niepostrzeżenie zaczęłam pisać  dziennik.

Po osiemnastu latach, po ponad sześciuset wpisach,  stwierdzam, że to był bardzo dobry pomysł.

Sue Atkinson w dedykacji do swojej książki napisała:

"Tym, którzy mocno trzymali linę asekuracyjną, gdy droga była trudna,

tym, którzy siedzieli ze mną u stóp urwiska i trzymali mnie za rękę,

i tym, którzy przekonali mnie swą miłością, że warto piąć się w górę" 

 

Ja dziękuję wszystkim, którzy mnie zachęcali do pisania i chcieli więcej.

Dziękuję także tym, którzy nie mogą tego przeczytać. 

Dziękuję.