niedziela, 20 września 2009

..w góry miły bracie!


"Siostro i bracie, nie maż po wiacie! Bo kto maże po wiacie, temu spiorą gacie!"

Ta urocza twórczość przywitała nas na którymś z przystanków PKS.

W góry bracia i siostry!
Nawet nie wiem dokładnie, jak to się stało, że dzieci się w te góry "wciągnęły". Obok marudzenia zaczęła się pojawiać fascynacja. Mateusz w góry poszedł po raz pierwszy z ojcem na wędrówkę po schroniskach, gdy miał 8 lat. Pierwsza trasa, którą przebyli wiodła z Krynicy Górskiej przez Jaworzynę Krynicką na Halę Łabowską i trwała pewnie ze sześć godzin. Mateusz wcale się nie zraził. Wprost przeciwnie, nabrał ochoty na więcej. Tym bardziej, że Kasia zdobyła po kolei trzy odznaki turystyczne. Pewnie chciał ją dogonić:)
Przez kolejne cztery lata wspólne wakacje też spędzaliśmy na południu kraju.
W 1995r. pojechaliśmy do Krościenka i do Krynicy. Rok był trudny. Tata chorował i w czerwcu miał operację. Wiedzieliśmy już, że to rak i że nic się nie dało zrobić. Wahałam się, nie wiedziałam, co począć. Mieliśmy wyjechać na miesiąc, kwatery były już zamówione. Pomyślałam, że powinno być w miarę normalnie, bo to daje większy spokój. Ale nic nie zmieni już faktu, że ostatni miesiąc życia mojego ojca spędziłam z dala od niego.
W Krościenku spotkaliśmy się z naszą sąsiadką Marysią i jej córką Olgą. Pogoda była upalna. Mimo to chodziliśmy na długie wycieczki, bo chyba trochę chcieliśmy udowodnić Marysi, która chętnie opowiadała o swoich wyprawach
w góry, że i my potrafimy... Poszliśmy na Przechybę (długą i nudną trasą), na Lubań, na Turbacz, gdzie w wielgachnym schronisku kazali nam zdejmować buty przy drzwiach. Spłynęliśmy na tratwach przełomem Dunajca.
Po dwóch tygodniach pojechaliśmy do Krynicy. W dużej willi położonej wysoko nad miastem dostaliśmy dwa pokoje, łazienkę i dostęp do obszernej, czystej kuchni. Znowu chodziliśmy na wycieczki. W Nowym Targu kupiłam sobie wygodne buty, które sprzedawczyni reklamowała jako "buty robione dla drwali kanadyjskich". Miały grubą podeszwę i zapewnienie, że są tak impregnowane, żeby wytrzymać przebywanie w wodzie przez jakąś abstrakcyjnie dużą ilość godzin! Miały niewielkie zarysowanie na czubku i dlatego zostały cofnięte z eksportu. Buty były cudownie wygodne i mogłam w nich wreszcie długo chodzić. "Zdobyliśmy" Jaworzynę, Huzary, odwiedziliśmy schronisko nad Łomniczką i cudowne, przyjazne dla turystów schronisko na hali Łabowskiej.
Do Krynicy schodziliśmy zwykle ubłoceni, spoceni i mało świąteczni. Na deptaku spotykaliśmy eleganckie panie na szpileczkach z kudłatymi pieseczkami:))) Orkiestra grała utwory symfoniczne w muszli koncertowej. Ufryzowani kuracjusze popijali wody mineralne z frymuśnych kubeczków z dzióbkiem i szukali śladów Nikifora Krynickiego w turkusowo malowanym domu-muzeum. Ja też szukałam śladów sprzed lat. Byłam tam z rodzicami w roku 1969. Po z górą 25-ciu latach odnalazłam dom z balkonem, pomnik Mickiewicza i dziewczyny z gołębiami, legendarne sanatorium Patria, które wybudował Jan Kiepura. Dzwoniłam do taty i opowiadałam o swoich znaleziskach, miałam wrażenie, że robię coś dla niego...
Tata umarł w dzień naszego powrotu. Potem nie chciałam już jechać do Krynicy.
Przez kolejne dwa lata jeździliśmy do Milówki. Tej samej, z której są bracia Golcowie, choć wtedy jeszcze o nich nie słyszeliśmy. Miła Milówka przyjęła nas gościnnie. Z jednej strony Beskid Żywiecki, z drugiej Śląski. Wspaniałe, rozl
egłe widoki z Rycerzowej, z Miziowej Hali i Przełęczy Koniakowskiej. Za pierwszym razem towarzyszyli nam Jurek z Iwonką. Poszliśmy na wycieczkę na Baranią Górę i mój brat w słynnych białych adidasach nie zabłocił się ani odrobinę :)))
Bracia i siostry grzali się nawzajem swoim ciepłem. Kasia i Mateusz tworzyli zgodną drużynę. Mieszkali razem, razem bałaganili, razem prali i razem tworzyli "rodzinny kabaret". Mój brat śpiewał o Czterech Pancernych i o tym, że go nikt nie kocha, więc pójdzie jeść robaki... Było wesoło, było głośno, było naprawdę miło w tej Milówce.

Gdzieś nad Wisłą... 1998r


Ostatni nasz rodzinny wyjazd zdarzył się w roku 1998. Oczyw
iście, wyjeżdżając jeszcze o tym nie wiedziałam. Jednak już na miejscu było widać, że nasza nastoletnia córka Kasia potrzebuje innych atrakcji niż zdobywanie Trzech Kopców. Sam jej wygląd nie wskazywał na umiłowanie turystyki. Chodziła w długich do ziemi spódnicach i czarnych glanach. Albo w czarnych spodniach rurkach. W czarnych t-shirtach. Na głowie motała jakąś chustkę albo zakładała mój stary płócienny kapelusz, który ufarbowała ... niespodzianka! na czarno! Tylko plecak miała zielony, wielki, wojskowy tornister z wymalowaną pacyfą i tekstami z Nirvany. Kiedy przechadzaliśmy się po deptaku, chwytałam posyłane jej spojrzenia chłopaków i młodych mężczyzn. Czas jest nieubłagany...
W tej Wiśle nie było specjalnych atrakcji, poza bilardem i wózkami z gotowaną kukurydzą. Małyszomania jeszcze się nie zaczęła. Maskotką miasta był wielki, biały Bulinek. Kasi podobała się zapewne restauracja przy rynku, w której obsługiwał miły, młody kelner. Mateusz preferował targ z dużą ilością straganów i różnych różności. Po dwóch tygodniach ja wróciłam z Kasią do domu, żeby wyprawić ją na obóz do Zawoi. Mateusz z Andrzejem ruszyli na wyprawę schroniskową.
Jechałyśmy przez Katowice. Wiozłam dużego miśka z białej wełny, którego Mateusz wyprosił na wiślańskim targu. W Katowicach czekałyśmy na przesiadkę do Łodzi. Poszłyśmy do McDonalda na obiad. Bolała mnie głowa. Było mi smutno. Jakbym czuła, że coś się kończy...



poniedziałek, 14 września 2009

...w góry...

Kraków,1993r.

Powrót mieliśmy już zaplanowany: autobusem do Krakowa, zwiedzanie miasta i wieczornym pociągiem do domu. Szykowaliśmy kolację. Dzieci biegały po podwórku. Nagle Kasia przyprowadziła płaczącego Mateusza i powiedziała, że się przewrócił. Ręka była spuchnięta i bolała. Jakiś miły sąsiad zawiózł Andrzeja z Mateuszem do Szczawnicy, do lekarza. Tam tylko rękę unieruchomili bandażem i dali środki przeciwbólowe. Kazali jechać następnego dnia do szpitala w Nowym Targu. Pojechaliśmy. Autobusem. W porze drugiego śniadania dzieci zjadły po słodkiej bułce. W szpitalu kazali nam czekać w poczekalni pogotowia. Widoki były mało krzepiące. Sami poszkodowani...
Okazało się, że ręka jest złamana, jest to złamanie z przemieszczeniem i trzeba złożyć w narkozie. Przed narkozą dziecko musi być na czczo...!!!! Musieliśmy naszego biednego synka przegłodzić. Snuliśmy się po Nowym Targu w tę i z powrotem, wchodziliśmy do różnych sklepów, nakarmiliśmy Kasię. Godziny ciągnęły się niemiłosiernie wolno. W końcu wróciliśmy do szpitala. Andrzej wszedł z Mateuszem na dawanie tej narkozy, potem musieliśmy znowu czekać. ..
Nie wiem , jak długo to trwało. Może pół godziny, może mniej. Dla mnie za długo. Wreszcie powiedzieli nam, że już go wywieźli z sali zabiegowej i możemy jechać do domu. Bledziutki Mateusz leżał na łóżku z ręką w gipsie. Wyglądał na skołowanego i zdezorientowanego. Dzielnie wstał i oznajmił, że może iść. Wię
c poszliśmy. Pieszo. Na dworzec autobusowy.
A następnego dnia spakowaliśmy plecaki i zgodnie z wcześniejszymi planami wróciliśmy przez Kraków do Łodzi.
Po sześciu tygodniach, gdy zdejmowali gips w szpitalu Matki Polki, okazało się, że ręka owinięta była warstwą ... papieru toaletowego! Ale zrosła się dobr
ze.

Zawoja,1994r.

Przed następnymi wakacjami przyszło mi do głowy, że można urozmaicić te nasze wędrówki górskie i nie mieszkać przez cały czas w jedn
ym miejscu. Najpierw pojechaliśmy więc na poleconą kwaterę do Zawoi.
Zawoja, wieś długa i "cienka", wymagała dalekich wędrówek po szosie. Żeby się dostać do "centrum" lub do jakiegokolwiek szlaku, musieliśmy się wlec poboczem po asfalcie. Na dodatek było upalnie. Więc znowu marudzenie kwitło. Sama też nie byłam zachwycona. Najbardziej spodobała nam się wycieczka na Babią Górę (znowu było trochę wspinaczki!) i nieoczekiwanie przyjazne towarzystwo w postaci pani Wandzi i jej córki Karoliny. Okazało się, że były z Łodzi. Karolina była trochę młodsza od Kasi i miała mnóstwo pomysłów na spędzanie czasu. Jakoś upłynęły dwa tygodnie. Potem spakowaliśmy manatki i na wariata, czyli w ciemno, przenieśliśmy się do Krościenka.
U Kwiatków nie było miejsca, ale dostaliśmy namiary na kwaterę bardzo blisko mostu. Pobyt uatrakcyjniło spotkanie z Bogusią i chłopcami. Przyjechała do Krościenka razem z koleżanką z pracy, Danusią i jej dwiema córkami. Tak więc chwilami nasze wyprawy wyglądały jak małe kolonie, sześcioro dzieci i czworo albo pięcioro dorosłych (kiedy dojechał Włodek). Któregoś dnia mój mąż nie wytrzymał nadmiaru doznań i wybrał się na samotną wycieczkę w góry. My, trzy baby, trzy dziewczynki i trzech chłopców w wieku od siedmiu do dwunastu lat, postanowiliśmy zwiedzić Czorsztyn. Bez większego entuzjazmu pochodziliśmy po ruinach. Czasu do wieczora zostało bardzo dużo. Filip pomachał w kierunku niedalekiej Niedzicy i zaproponował, żeby zwiedzić i tamten zamek. Żeby się tam dostać trzeba było nadłożyć drogi i dojść do zapory. Wcale nam się nie chciało. U stóp zamku czorsztyńskiego płynął sobie leniwie Dunajec i kusił łachami piachu. Nie zastanawiając się długo ( a szkoda!), zakasaliśmy nogawki spodni i zaczęliśmy przechodzić na drugą stronę. Każdy osobno. Czułam, że nurt jest coraz silniejszy a kamienie na dnie nieprzyjaźnie ranią stopy. Skupiona na sobie w ogóle nie zauważyłam, co się dzieje dookoła. Tymczasem Mateusz i młodsza z dziewczynek zaczęli tracić równowagę. Przytomna Kasia złapała brata za rękę i wyciągnęła na najbliższą łachę piasku. Któryś z chłopaków przewrócił się. Danusia ratowała córki. Dopiero na drugim brzegu uprzytomniłam sobie wagę niebezpieczeństwa! Wszyscy nadrabiali minami. Mokre ciuchy poprzywiązywaliśmy do plecaków i powędrowaliśmy do zamku. Żeby atrakcji było więcej, tuż przed wejściem na jego teren postraszyła nas tablica "uwaga żmije!". Potem zwariowany, "nawiedzony" przewodnik oprowadzał nas po zamku przy wtórze grzmotów nadchodzącej burzy. Potem jeszcze musieliśmy wrócić. Po długim i beznadziejnie monotonnym marszu wzdłuż zbiornika zatrzymaliśmy wreszcie autobus, który miłosiernie zabrał nas do Krościenka. Andrzej wrócił wieczorem. Sama nie wiem, kto z nas miał więcej wrażeń tego dnia:)))


piątek, 4 września 2009

W góry...



Andrzej zawsze lubił jeździć w góry. To była zaskakująca dla mnie wiadomość. Te nasze wakacje w Dziwnowie, jego legendarne wyjazdy z całą paczką do Jastrzębiej Góry, zdjęcia z plaży... Jednak to góry były jego miłością prawdziwą. Góry, matematyka i ja. Nie wiem, w jakiej kolejności:))))
Pierwszy raz wyrwał się na samotną wędrówkę, gdy Kasia miała trzy lata. Zostałyśmy same, a on szedł przez B
eskid Sądecki. Pisał do mnie list z Hali (nomen omen) Pisanej. Na kartce narysował gwiazdkę i wyjaśniał:" w tym miejscu właśnie usiadł obok mojej ręki kolorowy motyl..." . Rozczuliłam się.
Na wspólną wyprawę zdecydowaliśmy się, gdy Mateusz skończył sześć lat. Pojechaliśmy do Krościenka. Adres dostałam od mojej koleżanki z pracy, Grażynki. Jechaliśmy znowu długo, przez Kraków i Nowy Targ. Widoki za oknem autobusu pojawiające się przed nami oczarowały mnie. Wstążka szosy wijąca się wśród szachownicy kolorowych, stromych pól. Ścieżki prowadzące do domów ze spadzistymi dachami. Brązowe krowy, kępki wełnistych owiec, mężczyźni w haftowanych serdakach i kapeluszach z muszelkami. Porośnięte drzewami szczyty gór.
Wysiedliśmy w rynku i poszliśmy przez most nad Dunajcem w kierunku wąziutkich, stromych schodków przy szosie na Szczawnicę. Schodków było dużo. Za dużo...:))))
Dostaliśmy kwaterę na górze domu u pani Kwiatek. Tak naprawdę wynajęła nam mieszkanie jej córka, ale to pani Kwiatek była najstarszą gospodynią w domu. Miała już sporo lat, ale ciągle krzątała się po obejściu. Doiła krowę, kury, gotowała, pilnowała wnuka. Obie kobiety były niez
wykle serdeczne. Częstowały nas zupą, ciastem, czasem świeżym mlekiem. Byliśmy zadowoleni, chociaż warunki do mieszkania nie były luksusowe. Chodziliśmy nad rzekę i na plac zabaw przy pobliskim ośrodku wypoczynkowym. Kiedy tam się siedziało na ławce, to było jak środku zielonego gniazda - ze wszystkich stron dostojne, niewzruszone góry. No właśnie, góry...
Pierwszy spacer zrobiliśmy niezobowiązująco, na jakiś mały pagórek. Szliśmy zapyziałą dróżką wśród zielska. Dróżka była kamienista. Brzęczały muchy, gzy i komary. I ciągle pod górę! Spociłam się, zdyszałam, dzieci bez przerwy marudziły, słońce prażyło... W dodatku miałam beznadziejne półbuty z wąskimi noskami, na cienkiej podeszwie. Zgroza! I to ma być ta wspaniała atrakcja? No, naprawdę! Nie mogłam uwierzyć!
Rozsmakowałam się w tych górach bardzo powoli. Nawet nie wiedziałam, dlaczego tak się dzieje, że po każdej trasie, na której spocona i umordowana przeklinałam "nigdy więcej", sięgałam wieczorem po mapę i planowałam następną trasę... Gorce, Pieniny, Beskid Sądecki. Zachwyciły mnie wąwozy, Sobczański i Homole. Biały krzyż w drodze na Trzy Korony z piękną sentencją:"Wędrowcze, zatrzymaj się i podziękuj Bogu za to, że masz oczy". Było na co patrzeć! Zresztą wszystkie zmysły doznawały rozkoszy. Potoki pluskały i szemrały, trzmiele brzęczały, wiatr szumiał w trawach, zioła pachniały miodnie, maliny i jagody kusiły słodyczą, polany ścieliły się pod stopami miękko, a słońce grzało. Czasem deszcz siąpił, bębnił w kaptur peleryny albo lał jak z cebra i przesiąkał do majtek. Pioruny przestraszały, a błyskawice sprawiały, że kuliłam ramiona. A potem wychodziła tęcza...
Herbata z cytryną i szarlotką w schronisku smakowała jak nigdzie na świecie. I nawet przypalone naleśniki z dżemem w bazie namiotowej na Lubaniu zajadaliśmy z trzęsącymi się uszami.

Zrobiliśmy wycieczkę do Zakopanego i spotkaliśmy się tam z Wiesią, Grzesiem i ich chłopcami. Wjechaliśmy na Gubałówkę. Chodziliśmy po Krupówkach. Jedliśmy małe, wędzone oscypki. Sztuczny miś z prawdziwym, brudnym owczarkiem namawiał nas na zdjęcie. Nad tym wszystkim górował szary Giewont z błyszczącym w słońcu krzyżem. Byliśmy w prawdziwych górach!
Dzieci nie lubiły nudnych, leśnych ścieżek, za to uwielbiały wspinaczki na skalne przeszkody w Pieninach. Zaliczyły oczywiście Trzy Korony, Sokolicę, Cz
ertezik i Wysoką. Skakały jak kozice, lekkie i zwinne. Tuż przed samym wyjazdem Mateusz złamał rękę. Pośliznął się na...kurzej kupie na podwórku!
C.D.N.






czwartek, 27 sierpnia 2009

Jesteśmy na wczasach...

Pogorzelica, 1991

Mimo, że wczasy w Burzeninie skończyły się niefortunnie, doszliśmy do wniosku, że to dobra forma odpoczynku, dopóki dzieci są nieduże. W następnym roku wykupiliśmy wczasy w Pogorzelicy. Mateusz miał pierwszy raz zobaczyć morze.
Jechaliśmy znowu długo i uciążliwie, autokarem organizatora, do którego zresztą musieliśmy dojechać na zbiórkę do Pabianic. Jechaliśmy
nocą. Dzieci pewnie spały, mieliśmy dla nich jakieś poduszeczki i kocyki. Ja się męczyłam.
Zakwaterowali nas w dwurodzinnym domku ze wspólną łazienką i ubikacją. Pokój był jeden, ale spory. Na posiłki chodziliśmy do stołówki w głównym budynku ośrodka. Była tam też sala telewizyjna i jakaś świetlica dla dzieci. Andrzej grywał w ping-ponga. Przed naszym domkiem stała karuzela i huśtawka. Dzieci zawierały nowe znajomości. Chodziliśmy na plażę, na spacery do lasu, pojechaliśmy wąskotorówką do Trzebiatowa.
Mateusza nie zachwyciło morze, tak jak się spodziewałam. Podszedł do tego zjawiska z właściwym sobie dystansem. Z rezerwą wchodził do wody, zawsze w towarzystwie taty. Zdumiał mnie natomiast tym, że bez żadnych oporów dał się namówić na występ podczas jednej z zabaw organizowanych przez podstarzałą panią KO. Wszedł na krzesło i wydeklamował do mikrofonu: "
spadła gruszka do fartuszka...". Dostał oklaski i batonika albo lizaka. Kasia dała się tylko namówić na udział w konkursie na wianki.
Jednym z przeżyć, które pewnie dzieci zapamiętały, była utrata Poja. Poj ( a może Pojo), był malutką, kolorową, pluszową gąsieniczką. Na nóżkach miał małe, plastikowe buciki. Przyjechał z Hamburga. Poszliśmy kiedyś do lasu zbierać chrust na ognisko i Poj zaginął. Poszukiwania nic nie dały. Kasia była niepocieszona. Dla odreagowania smutków ułożyli razem z Mateuszem piosenkę, którą wyśpiewywali zawodząc :"Gdzie Pojo legł? Gdzie legł Pojoooo?..." Pojo pewnie legł sobie gdz
ieś na miękkim mchu. A może znalazło go inne dziecko? Mieliśmy nadzieję, że w dalszym ciągu jest szczęśliwy...:)))
W Pogorzelicy było mnóstwo komarów, które nas gryzły. Pogryzły nas też inne stworzonka, znacznie mniej sympatyczne. W ostatnim dniu turnusu, stojąc przy pożegnalnym ognisku, zobaczyłam ze zgrozą, że po włosach Kasi przechadza się wielka...wesz!!!! Całą podróż powrotną, równie męczącą, jak wyjazd, myślałam o tym, żeby ktoś inny nie dostrzegł tych gości, bo zrobiłaby się pewnie
afera. W domu przystąpiliśmy do zbiorowej walki, jako że wszyscy mieliśmy niechcianych lokatorów. Na szczęście udało się ich pozbyć bez nawrotów.
Ostanie nasze wczasy spędziliśmy w Kiekrzu pod Poznaniem. Tam warunki były najlepsze. Przez jakieś niedopatrzenie nie było dla nas jednego pokoju czteroosobowego, tylko dwie dwójki. Okazało się to bardzo wygodne. Mogliśmy w dowolnych konfiguracjach się grupować albo izolować od siebie. Andrzej spał w pokoju z Kasią, a ja z Mateuszem. Na dobranoc Andrzej czytał Mateuszowi "Mikołajka", a ja chodziłam na pogawędki do Kasi. Potem się zamienialiśmy. Przy każdym pokoju była łazienka
.
Tuż pod ośrodkiem było Jezioro Kierskie i chodziliśmy na wąską, brudnawą plażę z leżakiem, kocem, przekąskami, kołami dmuchanymi i olejkiem do opalania... Dzieci pluskały się w wodzie. Ja zamykałam oczy pod słomianym kapeluszem i raczyłam świętym spokojem. Czasami chodziliśmy na dłuższe spacery wzdłuż jeziora. Pojechaliśmy na wycieczkę do Poznania, gdzie przejechaliśmy się szerokim tramwajem i oglądaliśmy trykające się koziołki na wieży ratusza. Wypożyczyliśmy rower wodny i pływaliśmy po jeziorze. Andrzej znowu grał w ping-ponga. Karmiliśmy łabędzie przypływające do drewnianego pomostu...
Na turnusie było sporo dzieci. Chodziliśmy na plażę w towarzystwie młodej kobiety spod Poznania. Miała córkę i dwóch synów. Agnieszka była w wieku Kasi, Tomek rok starszy od Mateusza. Najstarszy, chyba Patryk, miał ze 12 lat. Wszyscy jakoś szczególnie przypadli sobie do serca. Tak bardzo, że podjęta przez dziewczyny korespondencja trwała długie lata, chociaż Agnieszka w pewnym momencie wyjechała z kraju. Niektóre przyjaźnie zdarzają się jak grom z jasnego nieba:)))



poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Podróże z Mateuszem

Szczawin, 1988

Z rocznym Mateuszem chcieliśmy wyjechać w jakieś spokojne miejsce najlepiej niedaleko Łodzi. Włodek z Bogusią jeździli na działkę do Swędowa. Spodobało się nam. W pobliskim Szczawinie Andrzej wynajął pokój. Pojechaliśmy z całym majdanem, łóżeczkiem, nocnikiem, wanienką, pościelą, pieluchami, butelkami i kuchenką elektryczną... Na miejscu okazało się, że czeka na nas...weranda z wersalką i małym tapczanikiem. Nic więcej! Byłam bliska histerii. Nie wiedziałam , od czego zacząć. Mateusz domagał się jeść, a ja czułam się kompletnie bezradna...

Powoli urządziliśmy się w miarę wygodnie. W pomieszczeniu szykowanym na pokój, na goły beton położyliśmy kawał linoleum, który gospodarz pozwolił rozwinąć. Ustawiliśmy tam kuchenkę i zrobiła się całkiem przestronna kuchnio-łazienka. Kibelek był drewniany, na podwórku. Wodę nosiliśmy z zewnątrz, leciała z kranu ... w ścianie domu. Myliśmy się w misce, którą pożyczyliśmy. Łóżeczko Mateusza stanęło obok tapczanika, żeby Kasia z niego nie spadła.
Dzieciom w ogóle nic nie przeszkadzało. Prosto z łóżka wybiegały na podwórko, chodziły oglądać świnki, karmiły kury. Na
pieńku przed domem czekało co rano mleko prosto od krowy. Chodziliśmy na długie spacery do wsi, do lasu, na jeżyny, które obficie rosły obok nasypu kolejowego. W sadzie zbieraliśmy wiśnie. Odwiedzali nas goście, dziadkowie, Jurek z Agą, Bogusia z dziećmi. Urządzaliśmy podwieczorki na trawie, pod drzewami. Robiliśmy nawet...przetwory! Z jeżyn, z wiśni, z mirabelek. Naprawdę było super! Nagle, po pięciu tygodniach, nasz gospodarz zaczepił nas i powiedział, że niestety musimy opuścić werandę, bo potrzebuje jej dla robotników budowlanych. Podejrzewałam, że stała za tym jego matka, której przeszkadzało to nasze sąsiedztwo. Może dzieci były za głośne, albo zużywaliśmy za dużo prądu... W każdym razie musieliśmy się spakować i dzięki niezawodnemu Marcelowi wróciliśmy do domu. To były wspaniałe wakacje!

Rok później zafundowaliśmy sobie wczasy rodzinne w Burzeninie. Dojazd był nieszczególny. Do Sieradza pociągiem a potem... taksówką!

Zamieszkaliśmy w parterowym pawilonie. Kwatera była obszerna, składała się z jednego dużego pokoju z wnęką na dodatkowe łóżko i łazienki z ubikacją. Niestety było to wszystko dość zaniedbane.

Do wielkiej stołówki trzeba było przejść przez cały, duży teren ośrodka. Jedzenie nie było najsmaczniejsze, czasem też nie najświeższe. Chodziliśmy nad Wartę. Dzieci moczyły się w wodzie i kopały dołki w brudnym piasku. Chodziliśmy też na spacery po wale przeciwpowodziowym. Mateusz zjeżdżał z niego na pupie jak na sankach. Miał dwa lata a Kasia sześć. Gdy teraz o tym myślę, nie mogę się nadziwić, że puszczaliśmy ich samych na plac zabaw przed naszym pawilonem.

W końcu po niedobrym jedzeniu, a może po nieświeżym piciu z bufetu, Kasia się pochorowała. Dzięki nieocenionemu Marcelowi wyjechaliśmy wcześniej. Po drodze zaliczaliśmy kolejne postoje z rzygankiem. Mateusz dołączył już w domu.

Rok później znów byliśmy bez planów na lato. Los chyba nas lubi. Zjawiła się kolejna, nieoczekiwana propozycja. Moja kuzynka z Warszawy, Danusia przekazała przez moją mamę zaproszenie do nich na dwa tygodnie. Sami wyjeżdżali na wczasy, mieszkanie zostawało puste. No i na kolejnej działce, kolejne pomidory do podlewania...

Pojechałam najpierw ja z Kasią, zaopatrzona w niezbyt ścisłe wskazówki na temat dojazdu z dworca na ulicę Czumy. Wysiadłyśmy przystanek za wcześnie. Targając bagaże błądziłyśmy między domami wielkiego blokowiska. Nasze "letnisko" mieściło się na siódmym chyba piętrze w jednym z licznych wieżowców. Danusia przywitała nas bardzo serdecznie. Następnego dnia rano wyjechali z Mirkiem a ja czekałam na Andrzeja i Mateusza. Oni nie pobłądzili!

Spaliśmy w stołowym, na rozkładanej wersalce, obok rozpierał się kredens z licznymi kryształami za szybą. Dzieci dostały do dyspozycji mały pokój. Było dużo roślin do podlewania!

Zwiedzaliśmy Warszawę, byliśmy na Okęciu, w ZOO, w Łazienkach, na basenie i w kinie. Byliśmy nawet w hotelu Marriott, gdzie Andrzej miał z kimś umówione spotkanie. Z hotelowego pokoju rozpościerał się widok na cała Warszawę! A toalecie stały kwiaty w wazonach i grała muzyka! Był rok 1990, pierwszy rok nowej Polski...

Ze wszystkich atrakcji Mateuszowi najbardziej przypadły do gustu ruchome schody na trasie W-Z! No i oczywiście plac zabaw przed domem. To było dla niego sedno rzeczy. Nie mówił "chodźmy na dwór", tylko:"chodźmy już na te wakacje"! Drugą fajną rzeczą był "Haliwol". Mówiliśmy: "idziemy do Hali Wola", czyli zespołu pawilonów handlowych pod tą nazwą. Dzieci słyszały to jako jedno słowo i rozmawialiśmy o "Haliwolu".

W Warszawie zaczęło się zbieractwo kapsli od butelek. Przypuszczam, że Andrzej chciał trochę urozmaicić nudne czasem spacery i rzucił taki pomysł. Rozpętało się wieloletnie szaleństwo. Do dziś mamy kilka kilogramów kapsli w pudełku po butach...

Ze dwa razy pojechaliśmy tez na działkę usytuowaną w Puszczy Kampinowskiej. Na działce najlepsza była zabawa z błotem! Wodę można było lać do upojenia.

Mimo, że takie nietypowe, te "wakacje" zostawiły po sobie dużo wrażeń i wspomnień. I takie przekonanie, że różne rzeczy przychodzą do nas, gdy są potrzebne...


czwartek, 6 sierpnia 2009

Podróże z Kasią

Dziwnów, 1986

Pierwszą naszą rodzinną podróż odbyliśmy do Spały na wczasy. Dostaliśmy pokój w starym, ponurym domu wczasowym na parterze. Do łazienki trzeba było wędrować przez cały, długi korytarz, mijając po drodze drzwi wejściowe. W pokoju była umywalka i miska. Po dwóch dniach zostałam sama z Kasią, bo Andrzej musiał wyjechać na egzaminy do Łodzi. Był lipiec i odbywały się rekrutacje na studia.
Do łazienki jechałam z dzieckiem na wózku. Nie chciałam jej samej zostawiać w łóżeczku, zresztą chyba by się nie dała zostawić. Myłam najpierw siebie, potem ją. Nie chciała zasnąć, ani przy mnie, ani gdy wyszłam na korytarz. Stała w łóżeczku i płakała wniebogłosy. Sąsiedzi z pokoju obok oferowali mi termometr i piramidon w czopku, bo myśleli, że dziecko jest chore. Nosiłam ją na rękach i sama byłam bliska płaczu. Rano z duszą na ramieniu poszłam do kuchni na piętrze, żeby podgrzać mleko. Na swoje śniadanie musiałam iść do sąsiedniego budynku. Kasia oczywiście nie chciała siedzieć przy stole, musiałam ją ganiać po stołówce. Za to z lubością wchodziła w kółko po schodach, to była świeżo nabyta umiejętność.
Pierwszego wieczoru po powrocie Andrzeja rozbolało mnie serce. Spanikowana kazałam mężowi wzywać pogotowie. Lekarz osłuchał mnie i
zapytał :"nie przeżywała pani ostatnio jakichś stresów?" !!!!
Potem już było dobrze. Chodziliśmy na długie, nudne spacery po lesie, żyliśmy w rytmie śniadań, obiadów i kolacji wydawanych na stołówce. Zbieraliśmy grzyby zajączki, które przed wyjazdem wyrzuciliśmy w całości do kosza, bo powieszone na nitce do suszenia kompletnie zrobaczywiały. Po dwóch tygodniach wróciliśmy do domu.
Rok później nie mieliśmy nic zaplanowane. Z finansami było krucho. Pracowałam tylko na pół etatu. Wiosną pojechałam z Iwonką do Krakowa. Organizowała dla reedukatorów wycieczkę do tamtejszej poradni. W prze
dziale toczyły się luźne rozmowy, między innymi o zbliżających się wakacjach. Sympatyczna Pabianiczanka zaproponowała mi, żebyśmy przyjechali na ich działkę pod Dobroniem. "Wyjeżdżamy na wczasy, popodlewacie nam pomidory!" Było to niezwykle ujmujące. Widziałyśmy się pierwszy raz w życiu! I pojechaliśmy!
Działka była w lesie, na samym końcu Ldzania. Drewniany domek ze spadzistym dachem i wejściem obrośniętym winoroślą. Do spania służyło całe pięterko pod skośnym sufitem, zasłane materacami. Spędziliśmy tam d
wa leniwe, słoneczne tygodnie, z dala od wszelkiej cywilizacji. Wylegiwaliśmy się w hamaku, jedliśmy maliny i porzeczki prosto z krzaka, Andrzej podlewał rzeczone pomidory. Kasia biegała na golasa, nosiliśmy słomiane, dziurawe kapelusze, robiliśmy spacery do wsi, gdzie roztaczały się zapachy świeżego obornika o i skoszonego siana. Za całe te wakacje zostawiliśmy gospodarzom w podzięce butelkę winiaku.
W następnym roku odważyliśmy się pojechać nad morze. Do Dziwnowa oczywiście. Pociąg jechał 8 godzin do Szczecina. Wybraliśmy bezpośrednie połączenie, bo wydawało nam się, że z dzieckiem tak będzie wygodniej. Tłok był tak wielki, że w drodze do toalety ludzie siedzący w korytarzu podawali sobie Kasię z rąk do rąk. W przedziale zamiast ośmiu siedziało chyba ze dwanaście osób. Dojechaliśmy zmordowani, spoceni i głodni. Pokój dostaliśmy na pięterku. Wchodziło się po wysokich, stromych schodach, nie było żadnego zabezpieczenia. Łazienka była oczywiście wspólna, trzeba było do niej zejść na dół i przejść przez pokój gospodarzy. Był lipiec, znowu czas rekrutacji. Andrzej zawiózł nas i po dwóch dniach wyjechał do Łodzi. Wyszedł rano, my szykowałyśmy się na spacer. Kasia wyszła pierwsza. Po kilku sekundach usłyszałam rumor. Kiedy wybiegłam za drzwi, ona jeszcze spadała z ostatnich stopni. Niosłam ją płacząca na górę i myślałam gorączkowo, gdzie i jak mogę zawiadomić Andrzeja, jeśli okaże się, że sobie zrobiła coś poważnego. Już wyobrażałam sobie, jak dzwonię na dworzec w Międzyzdrojach, żeby go wezwali przez głośnik... Na szczęście, oprócz kilku siniaków, nie miała innych obrażeń. Potem płakałyśmy razem, ja z ulgi ona z przestrachu.
Potem było już dobrze. Jak pisałam wcześniej, chodziliśmy na spacery po plaży, opalaliśmy się, moczyliśmy w morzu.
Wracaliśmy lokalnymi pociągami, dzięki czemu uniknęliśmy tłoku. Rozsiadaliśmy się w pustych przedziałach. Były aż cztery przesiadki, które Kasia zniosła nadzwyczaj dobrze. Nosiła swój różowy plecaczek-wiewiórkę, szczebiotała, podskakiwała i cieszyła nasze oczy.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Rytuały


"Rytuał, utrwalony tradycją, dokładnie określony i powtarzalny ciąg działań obrzędowych (gestów, wypowiedzi itp.). Rytuały pełnią funkcje społeczne i kulturowe, szczególnie magiczne i religijne."
Chciałam, żeby dzieciom kojarzył się dom i dzieciństwo z jakimiś stałymi punktami. Takie punkty są jak kotwice, które utrzymują pamięć w określonych miejscach.
Zaczęliśmy w sposób naturalny, od opowieści na dobranoc. Te opowieści zaczęły się bardzo wcześnie, Kasia jeszcze nie umiała sama wychodzić z łóżeczka. Usypiała po długim gadaniu do niej. Właściwie nie były to prawdziwe bajki, raczej wymyślane historyjki. Opowiadaliśmy je na zmianę, co drugi wieczór. Czasem Kasia żądała "psiewaj" i musiałam śpiewać kołysankę. O mrugającej na Wojtusia iskiereczce, królewnie, co ją myszka zjadła i dwóch kotkach szaroburych...
Kiedy zaczęli spać razem z Mateuszem w jednym pokoju, raz kładłam się na jego łóżku raz na jej. Jeżeli opowiadałam klasyczne bajki, nie wolno było nic zmieniać. Musiałam nawet używać tych samych sformułowań. Równie mile widziane były zmyślane bajeczki o niczym. Temat mógł być dowolny: czajnik, piłka, stary kalosz... Największym przebojem był bajka o babie, która miała "krziwy pysk". Babę wymyślił dziadek Janek i nikt dobrze nie wiedział, kim ona była:))
Wspomagały nas płyty z bajkami: o szewczyku Dratewce, Karampuku, Tadku Niejadku.
Oddzielnym rozdziałem były opowieści o Mikusiach, czyli pluszowych zabawkach, które dzieci dostały na kolejne Gwiazdki. Mikuś, Misia i Miksiuś, zakolegowani z żółtym Bananem, panem Pocztą (w postaci szaro-białego królika), mamą Hipową z małymi hipciami w brzuchu i misiem-Pilotem dostarczali co wieczór tematów na kolejne przygody. Mateusz domagał się tych historii długo, jeszcze po swoich 10-tych urodzinach.
Urodziny... Starannie obmyślaliśmy prezenty. Piekłam tort, wstawiałam świeczki. Zapraszaliśmy gości. Osiemnaste urodziny przebiegały pod znakiem wielkich, uroczystych obiadów dla całej rodziny. Śpiewaliśmy "sto lat", robiliśmy zdjęcia, Jurek szalał z kamerą. Imieniny odbywały się zwykle bardziej symbolicznie.
Rytuałem było też pieczenie pierniczków przed Bożym Narodzeniem. Robiłam to dwa tygodnie wcześniej, żeby przechowywane w metalowych puszkach miały czas zmięknąć. Mateusz tłukł korzenie i przyprawy, gotowałam karmel, podgrzewałam miód. Zapachy przyciągały wszystkich do kuchni. Czasem wycinali ze mną foremkami różne kształty, czasem robiliśmy na zamówienie jakieś aniołki, bałwanki, choinki. To były przeważnie zaplanowane prezenty dla kolegów, nauczycielki czy aktualnej dziewczyny... Upieczone i wystudzone zdobiliśmy kolorowymi lukrami, bakaliami, cukiereczkami. Po dekoracji przychodziła pora na wylizywanie resztek lukrów i dojadanie pozostałych bakalii:))) Część pierniczków zawsze szła "do ludzi". Z roku na rok przybywało pudełek ustawianych na parapetach okiennych. W rekordowym okresie upiekłam około 750 pierniczków!
Przed świętami wielkanocnymi piekę za to mazurki. Mają kruchy spód i śmietanową, pachnącą polewę. Czasami kajmakową. Mazurki robię małe, żeby łatwiej było je dzielić, bo też wędrują zwykle na inne, zaprzyjaźnione stoły.
Kiedy nasze dzieci spędzały święta za granicą, upiekłam pierniczki na tyle wcześnie, żeby mogli je zabrać ze sobą do Anglii i mieć tam malutką namiastkę naszej tradycji. A kiedy już wszyscy wrócili z wojaży do kraju, upiekłam im mazurki ...we wrześniu:)))