piątek, 29 stycznia 2010

Podróże miejskie


Jechałam wczoraj z pracy prawie dwie godziny! Wiadomo, zima to klęska żywiołowa. Przystanki pełne zdenerwowanych ludzi. Fontanny błota spod kół samochodów. I puste, aż po horyzont, tory tramwajowe. Mróz na szczęście trochę zelżał i nie miałam wrażenia, że mnie "przyspawało" do chodnika. No, to sobie stałam i czekałam. No, bo co innego mogłabym zrobić? Pieszo i tak nie doszłabym wcześniej.
Zawsze miałam daleko do pracy...
Najpierw dojeżdżałam na ulicę Glinianą. Z Retkini.
Dochodziłam do przystanku tramwajowego (około 10 minut). Jechałam cztery przystanki do Dworca Łódź-Kaliska. Tramwajem numer 8. Chyba tylko jeden wtedy kursował na Retkinię. Przesiadałam się na tramwaj jadący po Al. Włókniarzy. Jechałam pięć przystanków. Potem ulicą Glinianą, wśród małych domków, do rogu Srebrnej, znowu jakieś 10 minut. Zimą, wieczorem było tam bardzo nieprzyjemnie. Czasem latarnie się nie paliły. Ta trasa mi się śni po nocach.

W 1980 r. utworzono filię poradni na Teofilowie i ja jako jedna z najmłodszych pracownic zostałam oddelegowana do filii. Na ulicę Grabieniec. Tam mogłam jechać na dwa sposoby. Tak jak poprzednio, tyle że drugim tramwajem o wiele dalej, aż do ulicy Kaczeńcowej. Mogłam też dojść do ulicy Retkińskiej, do autobusu 76 (10 minut), który bez żadnej przesiadki dowoził mnie aż do Kaczeńcowej od drugiej strony osiedla. Tę trasę lubiłam. Prowadziła przez zielone Zdrowie, wśród ogrodów i działek. Wiosną było bardzo pięknie za oknami autobusu. I zajmowała mi stosunkowo mało czasu, jakieś 40 minut z dojściami.
W 1982 przeprowadziliśmy się na Chojny. To dopiero była jazda!!!
Do przystanku autobusu 70 miałam blisko. Jechałam cztery przystanki, przechodziłam przez ruchliwą ulicę Broniewskiego i przesiadałam się na jadące w kierunku Retkini 69. Po 20 minutach przekraczałam kolejną ruchliwą ulicę, Maratońską i stamtąd poczciwe 76 wiozło mnie na miejsce. Wkrótce przedłużono trasę tramwaju linii 2 i mogłam już bez ŻADNYCH PRZESIADEK dojechać z krańcówki na Chojnach na daleki Teofilów. Trzy przystanki dalej był już koniec trasy...
Podróż tramwajem nie wymagała co prawda przesiadek, ale była bardzo nużąca i nie można było liczyć na "następny" tramwaj, jeśli jakiś się popsuł. Tor i tak był tylko jeden. Dlatego z radością powitałam kolejny autobus, 52, który w 35 minut dowoził mnie do Placu Barlickiego. Tam, z tego samego przystanku wsiadałam w 74 lub 83 i po małych 20 minutach byłam już prawie na miejscu. Musiałam tylko dojść do mieszczącej się na parterze bloku mieszkalnego poradni.
Po urodzeniu Mateusza wzięłam urlop wychowawczy i przez rok pracowałam na pół etatu w poradni na Kopernika. Dojazd tam, to była bajka. Bez przesiadek! 25 minut jazdy i JUŻ w pracy!!!!
Ja chyba jednak kocham te tramwaje! Kiedy wróciłam po urlopie na cały etat, okazało się, że nasza poradnia zmieniła lokal na większy i... jeszcze dalej! Do ulicy Lnianej pieszo było niedaleko. Autobusem musiałam jechać dwa przystanki dłużej.
W ogólnych rozrachunkach "bez przesiadek", zwyciężył tramwaj. Tym bardziej, że kursowały już dwa bezpośrednie, 2 i 5. Dwójka jechała 52 minuty, piątka trochę dłużej, bo miała okrężną trasę przez zapyziałe, stare moje Bałuty. Oznaczało to, że muszę na całą drogę przeznaczać około półtorej godziny, żeby mieć pewność, że się nie spóźnię. Droga powrotna zabierała mi oczywiście tyle samo czasu.
Pod koniec lat 90tych nasza przekształcona Poradnia Specjalistyczna dostała nakaz opuszczenia lokalu na Lnianej. Spółdzielnia mieszkaniowa robiła odzyski mieszkań dla lokatorów. Miałam nadzieję na lokalizację w centrum. Ha, ha! Nadzieja matką głupich. Co prawda nie przenieśli nas jeszcze dalej (to by już było poza Łódź!). Trasa skróciła się o jakieś 15 minut.
Przez jakiś czas jeździłam zadowolona z bezpośredniego połączenia. Jeśli nie zdarzył się wypadek albo awaria, dojeżdżałam w rekordowym czasie, nawet i w ciągu 40 minut.
Do chwili, gdy zaczęto modernizować Aleje Kościuszki. Prawie cały ruch samochodowy przeniósł się na Kilińskiego, gdzie w większości nie ma wydzielonego torowiska. Chwilami
lepiej było poruszać się tamtędy pieszo niż jakimkolwiek środkiem lokomocji. Jeździłam jak się dało. Tramwajami i autobusami. Z jedną przesiadką, dwoma lub trzema. Od wschodu i od zachodu. Wracałam tak samo. Czasami miła pani Ania z sekretariatu podwoziła mnie swoim starym maluchem, racząc przy okazji opowieściami, że właśnie jej się chyba hamulec psuje, albo że coś stuka w podwoziu, ale ona nie wie co...
Raz wracałam taksówką.
Przystanki pełne były zdenerwowanych i zdezorientowanych ludzi, bo rozkłady zmieniały się czasem z dnia na dzień. Ja właściwie nie denerwowałam się, nie miałam innego wyjścia jak tylko jechać do przodu. Spóźniałam się, bo wszyscy się spóźniali. Mój rekord to półtorej godziny...
Wreszcie!!!!! Otworzyli trasę szybkiego ruchu!!! Zaczął kursować wystrzałowy tramwaj numer 11, który błyskawicznie miał dojeżdżać ze Zgierza do Pabianic. Ostatecznie kursuje z Helenówka do Chocianowic. Po tej samej trasie, po której jeżdżą inne wolne tramwaje:)))
Niestety równocześnie moja ulubiona dwójka przestała dojeżdżać na Chojny. Tak, czy owak musiałam się przesiadać. Ale dojeżdżałam w czasie poniżej godziny!
Euforia tramwajowa trwała jakieś pół roku. Torowisko na Limanowskiego okazało się nagle tak zniszczone, że w trosce o pasażerów ograniczono szybkość jazdy do 10 km/godz. Trzy przystanki, które wcześniej jechało się 5 minut, przemierzałam w 15!
W końcu tramwaje z Limanowskiego zniknęły. Teraz dojeżdżam tramwajem do autobusu zastępczego. Póki co, perspektyw na zmianę nie ma. Limanowskiego mają zacząć remontować za jakiś rok. Może dotrwam do emerytury z tą tramwajową odyseją:)))
Czasem mnie pytają, dlaczego nie przeniosłam się bliżej. Cóż, miłość nie wybiera, a głupich nie sieją!
I to by było na tyle.

wtorek, 19 stycznia 2010

...zima, zima, zima...

Kasia i Basia na śniegu,
w odstępie ok. 20 lat










...pada pada śnieg!
Jadę, jadę w świat sankami,
sanki dzwonią dzwoneczkami
dzyń, dzyń dzyń,
dzyń, dzyń,dzyń
dzyń, dzyń, dzyń!


To piosenka przedszkolna. Kasia chodziła do przedszkola od września. Chodziła i nie chodziła. Trochę chodziła, potem była chora. Znowu szła. Wracała z bólem ucha, albo z gilem, albo z kaszlem.
Byłam w ciąży. Przyszedł styczeń, a może luty. Kasia znowu miała zapalenie oskrzeli. Lekarz na rejonie przepisał pewnie kolejny antybiotyk. Koleżanka z sąsiedniego bloku, Ela B., moja towarzyszka niedoli ze szpitalnej sali i mama równie chorowitego, co Kasia Piotrusia, poleciła nam prywatną lekarkę. Feler był taki, że trzeba było jechać do niej do domu, na ulicę Przybyszewskiego.
Taksówki nie miały telefonów, na postoju na ogół pasażerowie czekali na nie, a nie odwrotnie. Andrzej poszedł pierwszy, żeby podjechać po nas pod dom. Czekałyśmy w klatce schodowej. Kasia kasłała. Ja się denerwowałam i wyglądałam przez małą szybkę w drzwiach. Mróz trzymał. Śnieg padał.
Pojechaliśmy wreszcie. Pani doktor zdiagnozowała... zapalenie oskrzeli i przepisała antybiotyk....
Andrzej poszedł po kolejną taksówkę na najbliższy postój. Poszedł i ...zniknął. Mijały minuty i kwadranse. Po godzinie postanowiłam zejść na dół, bo wydawało mi się, że już dłużej to nie może trwać i lada moment taksówka z moim mężem podjedzie pod dom. Czekałyśmy przed blokiem. Niestety, nastała już era domofonów i schronić się do klatki schodowej nie mogłam tak łatwo. Było coraz zimniej. Kasi poczerwieniał nos i zaczynała popłakiwać. Zdesperowana, zadzwoniłam do pani doktor, żeby wpuściła nas do środka. Kazała przyjść na górę. Rozebrałyśmy się z powrotem. Dziecko siedziało zdezorientowane i przestraszone. Ja tkwiłam przy oknie i wyglądałam na zaśnieżoną coraz bardziej ulicę. Byłam pewna, że coś się stało. Coś strasznego. Oczami wyobraźni widziałam się jako młodą wdowę z dwojgiem dzieci. Zaczęłam histeryzować. Lekarka usiłowała mnie uspokajać, dała mi walerianę, ale widziałam, że też jest niepewna i nie wie, co robić. Użyła argumentu, który mnie przywołał do pionu.
- Niech się pani uspokoi, bo pani poroni...
Dziecko w brzuchu potwierdziło kopnięciem. Otrzeźwiałam. Czekałyśmy dalej w milczeniu i w jakimś bezruchu. Długo to trwało. Nie wiem ile. Półtorej godziny, dwie??? A może tylko czas tak się wydłużył ze zgrozy.
Wreszcie Andrzej wrócił. Nic się nie stało, oczywiście. Powód był prosty - nie było taksówek. Śnieg zasypał jezdnie, prawie nic nie jeździło. Udało mu się wreszcie zatrzymać prywatnego kierowcę, w maluchu zresztą. Facet był młody i całą drogę dowcipkował. Odwiózł nas pod dom i chyba nawet nic mu nie zapłaciliśmy.
Czemu mój wspaniały mąż nie pomyślał o tym, żeby wrócić i nas uspokoić? Albo zadzwonić do pani doktor? Któż to wie, kto zrozumie mężczyznę! Miał zadanie do wykonania i jak prawdziwy wojownik wywiązał się z niego. Reszta jest tylko historią...

Hej na sanki, koleżanki,
w nocy srebrny śnieżek spadł!
A więc z góry, na saneczkach,
aż zaświszcze w uszach wiatr!
A więc z góry, na saneczkach,
aż zaświszcze w uszach wiatr!

sobota, 9 stycznia 2010

...śnieg...


Ludzie, ludzie, to naprawdę nie moja wina, że śnieg pada!
A pada! Coraz go więcej! Do ramion jeszcze nie sięga, ale do kolan tak!
Wsypuje się do butów. Powoduje brnięcie i ślizganie się. Tamuje ruch. Wkrada się za kołnierz!
Idę sobie dziś śnieżną ulicą nieodśnieżoną, a zakutany dozorca macha wielką łopatą.
- Cholerna pogoda! - warczy do mnie. Złym okiem patrzy.
Wszystko teraz na mamuśkę będzie? Ja tylko marzyłam o ładnej zimie. Białej, migocącej, bajkowej. A nie, żeby od razu klęska żywiołowa.
Pomyśl dwa razy (a najlepiej trzy) nim życzenie wypowiesz. Życzenia się czasem spełniają!!!

I śnieg pada przez pomyłkę.
I topnieje na jezdni.
I wiatr wieje przez pomyłkę.
A inaczej było w przepowiedni.
Bo miało być słońce we dnie
i lekkie mgiełki z rana.
Oto są przepowiednie
świętego Korbiniana.
A tutaj śnieg monstrualny
i pada, i pada, i...
JESTEM DZIŚ TAKI SENTYMENTALNY,
ŻE MÓGŁBYM SPRZEDAWAĆ ŁZY.

To mój ulubiony poeta napisał... Jak widać śnieg lubi robić psikusy:)

środa, 30 grudnia 2009

Śnieg...


No i mam, czegom chciała! Śnieg pada. Sypie, prószy, wiruje. Kładzie się pod nogi. Skrzypi i się skrzy.
Nie sięga wprawdzie do ramion. Ani nawet do kolan. Ale biały jest jak trzeba. Okrywa powierzchnie płaskie i krzywe.
Ukrywa litościwie śmieci i psie kupy. Zdobi drzewa. Przysparza pracy dozorcom i wkurza kierowców. Na jezdniach roztapia się i zamienia w brudne błocko.
Zaskakuje drogowców. Spowalnia wszystkie pojazdy .
Siada na rzęsach.

Śnieg.

Wiersze
siadają mi na rzęsach
jak puszyste płatki.

Spójrz,
to nasza miłość
w futrzanym kapturze.

A tam dalej
czekają sanie
z dzwonkami.

Z samego szczytu
suniemy
coraz prędzej.

I nagle
jak ptaki
w przestworza...

W dole
bezpieczne zaspy snu.

Od świtu,
od pierwszego haustu powietrza,
od zawsze,
miłość ta sama.

Tylko góry
coraz wyższe.

wtorek, 15 grudnia 2009

Grudzień


Grudzień, ostatni miesiąc roku. W latach mojego dzieciństwa zawsze towarzyszył mu śnieg i mróz. Chodziłam do szkoły na drugą "zmianę". W klasach zapalaliśmy światła, bo po drugiej lekcji robiło się już ciemno. Wracałam późnym popołudniem, lampy na ulicach rzucały ciepłe, żółte blaski na skrzące chodniki, na ośnieżone gałęzie drzew. Chłopaki robili butami ślizgawki, można się było nieźle wywalić na gładkim lodzie.
Po Andrzejkach i Mikołajkach wszyscy zaczynali czekać na święta. Mama robiła zapasy, kupowała mak, orzechy, czekoladowe cukierki w sreberkach. Chowała pod łóżkiem albo w szafie. Prała firanki. Tata mył okna. Z podwórek dobiegały odgłosy trzepanych dywanów. Któregoś roku chwycił taki mróz, że odwołali lekcje w szkołach. Ferie przedłużyły się o tydzień.

Lubiłam ferie. Zaczynały się kilka dni przed wigilią i trwały dwa tygodnie. Rodzice szli do pracy. Ja zostawałam w domu, podjadałam świąteczne ciasta, czytałam książki, które dostawałam na Gwiazdkę. W piecu buzował ogień. Mróz malował na szybach srebrzysto-białe kwiaty i listki. Czasami chodziłam na sanki do parku, na górkę. Ale nie bardzo to lubiłam. Marzły mi policzki, ręce, stopy i nos. Musiałam się grubo ubierać, w spodnie pumpy, czarne buty "tatrzanki", szalik na usta. Dzieciaki na górce biegały, popychały się, było ślisko. Fruwały śnieżki, czasem za kołnierz sypał się śnieg. Cudze sanki czasem boleśnie obijały mi nogi. Naprawdę wolałam siedzieć w ciepłym mieszkaniu.

Z grudnia 1970 roku pamiętam taką chwilę: wróciłam ze szkoły, w domu nikogo nie było. Usłyszałam nadlatujący samolot. Ten odgłos mnie przeraził. W kraju źle się działo, w radio mówili o strajkach. Mama powtarzała, że boi się wojny domowej. Narastające buczenie samolotu spowodowało, że poczułam skurcz serca, podświadomie czekałam na coś strasznego - alarm bombowy, wybuchy... Samolot przeleciał. Odetchnęłam.
A potem Edward Gierek zapytał: "pomożecie?"....

Stopniowo grudnie stawały się coraz bardziej szare. Śnieg już tak nie iskrzył, mróz dał za wygraną. Lampy zaczęły świecić białym, zimnym światłem. Na ulicach było coraz więcej samochodów, rozjeżdżały śnieg na jezdniach w brudną breję. Zza drzwi słychać było odkurzacze, ciemne podwórka stały głuche i puste. Przeprowadziliśmy się do bloków i rodzice kupili sztuczną choinkę, żeby nie śmieciła igłami na nową wykładzinę.

Grudzień uciekał za grudniem, styczeń mi stukał za styczniem.... Śniegu było coraz mniej. Przed wigilią straszyły zaśmiecone trawniki. Rozmiękły chleb wyrzucony przez lokatorów dla gołębi, leżał obok śmietnika. Na Piotrkowskiej migały resztki popsutych neonów. Królowa Śniegu wyprowadziła się daleko stąd...

W grudniu 1978 roku wpadłam na pomysł, że zorganizuję u siebie Sylwestra. Około południa wyszłam z domu, żeby coś jeszcze załatwić. Padał deszcz. Wsiadając do tramwaju złożyłam parasolkę i ze zdumieniem zobaczyłam, że zsuwa się z niej warstewka lodu. Rodzice pojechali do Jurka zająć się Agnieszką. Jurek z Iwonką przyjechali na Retkinię, przywieźli ze sobą swojego sąsiada Ryśka, z którym dwa lata wcześniej bawiłam się u nich, a potem całowałam na przystanku. Byłam zachwycona. Alicja z Zenkiem spóźniali się. Wreszcie przyszli i powiedzieli, że nie mogli uruchomić samochodu, bo zamarzł... Bawiliśmy się świetnie do rana. Oni wyszli, a ja poszłam spać. Dopiero od rodziców, którzy w jakiś kombinowany sposób dotarli do domu dowiedziałam się, co dzieje się na zewnątrz.

Wikipedia:
W noc sylwestrową 1978 rozpoczęły się tak intensywne opady śniegu (na Dolnym Śląsku z początku był to deszcz), że wkrótce potem w styczniu 1979 sparaliżowany został cały kraj, brakowało surowców energetycznych, w większości miast komunikacja miejska nie funkcjonowała wcale lub w bardzo ograniczonym stopniu, transport międzymiastowy również funkcjonował bardzo źle. Autobusy w niektórych okolicach jeździły w specjalnie wykopanych w śniegu tunelach. Zamarznięte zwrotnice kolejowe i popękane w wyniku mrozów szyny spowodowały, że transport węgla do elektrociepłowni docierał wyjątkowo rzadko, a i rozmrażanie tego, który udało się dowieźć, było bardzo utrudnione. W Suwałkach temperatura nie przekraczała -30°C w dzień. Na warszawskim Ursynowie, który został praktycznie odcięty od reszty stolicy, w mieszkaniach temperatura spadła do +7°C, podobnie było także w innych miastach, zwłaszcza w peryferyjnych dzielnicach. Do odśnieżania torów i dróg skierowano żołnierzy i ciężki sprzęt wojskowy (m.in. czołgi, które swoimi gąsienicami zrywały grubą warstwę zmrożonego i zbitego śniegu na drogach).

Tak było!

Odgarniane z chodników zaspy sięgały dwóch metrów.
Podróżni odśnieżali tory kolejowe, przygodni przechodnie "kupą" wypychali samochody z zasp, prywatne samochody zabierały z pustych postojów zmarzniętych pasażerów.
Zasypanym w kilometrowych korkach ludziom na drogach i autostradach okoliczni mieszkańcy donosili ciepłe napoje i jedzenie. Polak potrafi...!

A potem przyszedł TEN Grudzień. Nie pamiętam, czy był śnieg i mróz. Pewnie tak, bo żołnierze na ulicach grzali się przy słynnych koksownikach. Mam wrażenie, że czas zszarzał i ucichł. Zastygł w bezruchu. Ale jakby na przekór temu ludzie usiłowali żyć normalnie. Pojechaliśmy na Sylwestra. Ta noc miała jakąś dyspensę na godzinę milicyjną. Bawiliśmy się u Wiesi na Biedronkowej. Wszyscy jeszcze tacy młodzi. Jeszcze wszystko było przed nami...

Zdaje mi się, że śniegu z roku na rok jest coraz mniej. Albo pada nie wtedy, gdy trzeba:)) Na przykład w październiku. Albo w marcu... I co roku czekam, żeby wypowiedzieć to sakramentalne zdanie z naszego ulubionego filmu dla dzieci:..."śnieg zaczął padać w pierwsze święto..."

sobota, 28 listopada 2009

Ssaki, ptaki i inne zwierzaki...

Wacek i Mateusz,1991

Pierwszym zwierzakiem w naszym domu był chomik. Na imię miał Wacek, pojęcia nie mam, dlaczego.
Wacek był rudy. Przynieśliśmy go w papierowej torebce ze sklepu na Powszechnej. Kupiliśmy też małe akwarium i kołowrotek. Wacek był mięciutki i puchaty. Aż się chciało go dotykać. Szybko ostudził moje zapędy, wbijając mi w palec ostrego, jak szpilka zęba. Zabolało! To nie była kuleczka do głaskania.
Dzieci go jakoś obłaskawiły i dawał im się brać do ręki. Najchętniej jednak spał, zagrzebany w trocinach. Czasem jak szalony biegał w swoim kołowrotku. Kiedy dawało mu się jeść, przybiegał i małymi łapkami napychał pełne worki przy policzkach. Potem biegł do kącika i wypluwał wszystko do kryjówki ,"na później".
Wacek pożył tak jak to chomiki, niecałe trzy lata. Andrzej zakopał go gdzieś nad naszą rzeczką.
Akwarium stało puste, a ja odruchowo nasłuchiwałam, czy kołowrotek się nie kręci. Taki mały zwierzaczek, a tak się przywiązaliśmy do niego. Pos
tanowiłam więc, że może by następnego chomika...
Tym razem to była samiczka. Nazwaliśmy ją
Fizia. Fizia była czarno-biała. Jakoś mniej się z nami zaprzyjaźniła. Musieliśmy przykryć jej akwarium szkłem, bo jakimś sposobem wydostawała się na zewnątrz i którejś nocy przestraszyłam się nie na żarty, gdy coś małego i włochatego przebiegło mi po głowie.
W 1995 roku zostaliśmy znowu bez zwierzątka. Jesienią Kasia zdecydowała, że za swoje kieszonkowe kupi papużkę. Wybrała lazurową papużkę falistą. Pani w sklepie zoologicznym twierdziła, że to samczyk, więc dostał bardzo męskie imię- Filip.
Bardzo lubiłam Filipa. Ćwierkał radośnie i dźwięcznie. Postukiwał w dzwoneczek zawieszony w klatce. Przymilał się do swojej towarzyszki, sztucznej papużki, usiłował ją nawet karmić. Wypuszczaliśmy go z klatki często. Robił w powietrzu kilka kółek a potem przysiadał na wyciągniętym palcu albo na ramieniu. Dziobał delikatnie w ucho, albo skubał za włosy. Kłopot powstał, gdy wprowadził się do nas kot. Klatkę z Filipem trzeba było postawić wysoko, żeby Gacek się do niego nie dostał. A potem były już dwa koty...
Któregoś ranka siedziałam w pokoju. Klatka z Filipem stała wysoko, na półce, mniej więcej na wysokości 1,70m. Ptak przeskakiwał jak zwykle z gałązki na gałązkę, ćwierkał donośnie. Kicia siedziała nieruchomo na podłodze, z zadartą głową, z oczami wlepionymi w Filipa. Nagle usłyszałam wrzask, i koci i ptasi, kątem oka dostrzegłam, jak kotka dała wielkiego susa z podłogi i pazurami wczepiła się w klatkę, która już, już miała runąć na podłogę. Złapałam ją w ostatniej chwili. Ptak rozpaczliwie machał skrzydłami, kot trzymał się prętów. Trochę trwało, zanim opanowałam sytuację. Filipa trzeba było przenieść do pokoju Mateusza i ustawić jeszcze wyżej.
Filip przeżył u nas prawie 11 lat. Zakopaliśmy go któregoś wiecz
ora na polu pod krzakiem. Kasia i Mateusz byli już całkiem duzi, Kasia miała narzeczonego. Mimo to wszyscy razem poszliśmy pożegnać tego małego ptaszka. I było nam smutno.

niedziela, 22 listopada 2009

Koty - cd.

Hierarchia ważności...

Gacek stał się pełnoprawnym domownikiem. Już nie wyobrażaliśmy sobie domu bez kota. Kiedy ktoś przychodził, kot był pierwszą istotą witającą. Niektórych akceptował, na innych fukał i puszył groźnie ogon. Miał swoją miskę, swoje łóżeczko, drapaczkę, puszorek, szczotkę, kuwetkę... Prawdopodobnie wszystko, co nasze było też jego, bo wszędzie zostawiał swój zapach ocierając się co rano o ludzi i sprzęty...
W listopadzie 2001r. pod naszymi drzwiami, na wycieraczce, zagnieździł się ...kolejny kot. Właściwie kociaczek. Biało-czarny, chociaż wtedy raczej szaro-czarny. Leżał zwinięty w kulkę i kiedy ktoś wychodził z mieszkania zaczynał głośno mruczeć. Gacek niespokojnie wąchał z drugiej strony, pomrukiwał groźnie.
Andrzej przypuszczał, że to któryś z młodych, urodzonych w piwnicy, zabłądził. Wyniósł go na dół. Następnego dnia kociak wrócił. Dałam mu mleka. Mruczał jakby miał w środku zamontowany motorek. Ponowna pr
óba wyniesienia skończyła się fiaskiem. Kot wrócił jak bumerang. Dostawał już systematycznie mleko. Wyniosłam mu też pudełko z piaskiem, żeby nie załatwiał się na posadzkę. Powiesiliśmy ogłoszenie w pobliskim sklepie ze zwierzątkami. Oczywiście nikt się nie zgłosił, żeby "wziąć kota w dobre ręce". Dzień zaczynałam od "obrządku"- karmienie, pojenie i sprzątanie po dwóch kotach i jednej papudze... Podjęłam decyzję, żeby na czas poszukiwań nowego właściciela zabrać kota do mieszkania. Kasia była zachwycona. Wykąpałyśmy go. Nawet za bardzo nie protestował. Z piany i wody wyłonił się chudy, ze sterczącymi mokrymi włoskami. Poszłyśmy do naszej ulubionej pani weterynarz. Zbadała i powiedziała, że to nie żaden kot. No nie, pantera też nie, ale kotka. Nakarmiła ją lekarstwem odrobaczającym i nasmarowała odpchlaczem. Kot, czyli kotka nie protestowała przeciw niczemu. Jakby wiedziała, że to dla jej dobra się dzieje.
Gacek był oszołomiony. Zaskoczony i oburzony. Prychał, wyginał grzbiet. Chodził dookoła na wyprostowanych łapach i ze zjeżonym ogonem. Oczy miał wielkie jak pięć złotych. Całe jego kocie jestestwo wołało: CO TO MA BYĆ????
Kotka przywierała do podłogi i czujnie czekała na rozwój wypadków. Kiedy Gacek zasypiał w swoim łóżeczku, podchodziła delikatnie, stopniowo, powolutku. Centymetr po centymetrze zbliżała swoją łapkę do posłania. Umieszczała ją w środku. Jeżeli nic się nie działo, przenosiła do łóżeczka następną łapkę. Robiła to z nieskończoną cierpliwością. Wreszcie układała się wolniutko obok Gacka i wtulona w jego futro zasypiała. Wiedziała
, kogo musi obłaskawić w pierwszej kolejności!!!
Gacek w końcu pogodził się z faktem jej istnienia, chociaż oczywiście na każdym kroku dawał do zrozumienia, kto jest najważniejszy! Wystarczyło jego spojrzenie, żeby przegonić ją z ulubionego fotela.

Jeszcze trwały próby znalezienia "dobrych rąk" dla kotki. Zgłosił się podobno nawet jakiś chętny student Andrzeja. Ale już było za późno, za późno!!! Już się rozpanoszyła w naszych sercach, podstępnie wkradła! Nawet Andrzeja nie trzeba było za długo przekonywać. Argument, że Gacek będzie się miał z kim ganiać i nie utyje dzięki temu może przeważył. Kto wie...kto wie!
Kupiliśmy drugie
łóżeczko. Drugą miseczkę. Kicia dostała też imię. Niewymyślne. Bo nic jakoś do niej bardziej nie pasowało. Więc została... Kicią. Co prawda w swojej zdrowotnej, kociej książeczce ma wpisane Kicia - Ptysia, ale nikt nigdy tak do niej nie mówił.
Kicia jest inna niż Gacek. Gdybym nie miała dwóch kotów, nie uwierzyłabym, że mogą mieć różne charaktery, jak ludzie.
Kicia prawie nie
miauczy. Gacek miauczy i to na różne sposoby, oznajmiając, że chce jeść, albo wyjść na ulubiony korytarz, albo że urządza pułapkę na Kicię.
Ona lubi prawie wszystko, on jest wybredny jak hrabia.
Ona zawsze czeka przy drzwiach, gdy wracamy. On tylko wtedy, gdy jest głodny albo bardzo stęskniony za panem.
On jest zdystansowany, nieufny, fuka na obcych, drapie zbyt gwałtownie usiłujących się zaprzyjaźnić. Ona
co najwyżej boczkiem czmycha. Nigdy nie jest agresywna.
Ona jest zawsze pierwsza przy misce z mięsem. On dystyngowanie czeka na swoją kolej.

Wreszcie na wizycie u weterynarza Kicia zastyga w bezruchu, jakby chciała udawać nieżywą. Gacek (jeżeli już uda się go zapakować po wściekłej walce do torby) zachowuje się w gabinecie jak dziki zwierz. Warczy, gryzie, drapie, krzyczy i wije się jak piskorz. Staje się NAJSTRASZNIEJSZYM WŚCIEKŁYM KOTEM NA ZIEMI!!!!
Kicia szybko wybrała sobie mnie. Wystarczyło, że przyłożyłam głowę do poduszki, już biegła i układała mi się na karku. Kiedy wyjechaliśmy na ur
lop i z kotami został Mateusz, Kicia przez dwa dni prawie nie jadła. Biegała za mną jak piesek. Teraz wystarczy, że idę do kuchni, Kicia biegnie w nadziei na dobry kąsek. Co wieczór przychodzi do mnie do łóżka i na jakiś czas układa się przy mnie, jakby chciała mnie ukołysać do snu. Aaa, kotki dwa! Gacek śpi z Andrzejem, Kicia ze mną.
Nie wyobrażamy już sobie domu bez kotów.