niedziela, 6 maja 2018

Faza na kulturę




Bilans od 1-szego stycznia:

Koncerty - 10
Teatr - 5
Kino - 3
Obejrzane filmy  w necie - 19
Książki wysłuchane przeczytane - 31
Rozwiązane krzyżówki i inne - dajcie spokój!
Plus jeden udział w turnieju szaradziarskim.

W zakresie "kultury fizycznej" - 308,96 km przejdniętych z kijami.

- Szalejesz!- mówi Córka.
- Ale cię nosi! - sarka Kochana B. 

No!!!
Mam fazę. 
Podoba mi się to określenie Wnuka.

Robię to wszystko, bo... mogę!
Bo chodzenie na koncerty do kościoła św. Mateusza i do Akademii Muzycznej jest łatwe. Nic nie kosztuje.

Bo chodzenie do teatrów też jest łatwe - klikam w zakładkę "kup bilet", wybieram miejsce, płacę. 
Bilet przybywa wirtualnie. Drukuję.  

Bo lubię kino Charlie, gdzie nie śmierdzi popcornem i krzesła obite są "pluszem czerwonym, jak serce".
A w  sali klubowej ekran jest wielkości prześcieradła i nie ma w ogóle reklam.

Przy kinie Charlie kwitnie kultura
- na zdjęciu pasący się Pegaz
foto Paweł Pietrzak


Wszystko jest łatwiejsze, niż się wydaje.
Nie wymaga szczególnych przygotowań. 
Na koncerty i na spektakle ludzie przychodzą ubrani "jakkolwiek"
Zresztą, na ogół nie ma żadnych przerw i nikt na nikogo nie patrzy. 
W Teatrze Wielkim  z prawdziwą fascynacją obserwowałam stroje - obok sukni balowej pani w woalce, równoprawnie spacerowały dżinsy i czerwony sweter w renifery.

Po prostu wsiadam w tramwaj i jadę.

Dziś u św. Mateusza koncert organowy.

Łukasz Mosur

Program koncertu:
Louis Vierne (1870-1937)
– III  Symfonia op. 28
Jehan Alain (1911-1940)
– Deuxième Fantaisie AWV 91
Maurice Duruflé (1902-1986)
– Prélude et Fugue sur le nom d’Alain op. 7

W Charliem tydzień z  Nowym Kinem Francuskim.
W czwartek w Akademii Estrada Młodych- w programie Chopin,  Schumann, Czajkowski i Liszt.
Jest w czym wybierać. 

 "Już szron na głowie już nie to zdrowie a w sercu ciągle maj"

Dopóki mogę.

Chodźta z nami!!!!

czwartek, 3 maja 2018

W te dni wiosenne...


Kiedy znów zakwitną białe bzy,
Z brylantowej rosy, z wonnej mgły,
W parku pod platanem
Pani siądzie z panem,
Da mu słodkie usta rozkochane.

Kiedy znów zakwitną białe bzy,
Bzów aleją parki będą szły.
Pojmą to najprościej,
Że jest czas miłości,
Bo zakwitły przecież białe bzy.












Wiosna radosna.
Zakwitły gwałtownie, i na łeb na szyję, kasztany, bzy i głogi. 
I berberysy. 
I kaliny.

Poszłam odwiedzić pola i lasy, com je jesienią podziwiała.
Były ścierniska, są seledynowe pasma delikatnych łodyżek.
Brzozy,  zamiast złotych liści, przywdziały zielone sukienki.
Suche jeszcze gdzieniegdzie chabazie, umykają w popłochu przed pleniącą się trawą i lekarskim mniszkiem.


Ten ostatni, zwany mleczem, rozsiany wszędzie w żółtych kobiercach,  już powoli zamienia się w puchate kule dmuchawców.



Tawuły, jak panny młode, w białych koronkach.











 


Kasztany w gotowości i na baczność.
Matury czas zacząć!
Jak co roku.
Jak i przed 45-ciu laty.
10-tego maja. 
W czwartek.
Ja, w białej bluzce, z bukietem sztucznych stokrotek przy kołnierzyku.
Powietrze rano rześkie. 
Niebo błękitne. 
Wyszłam z ciemnej bramy na słoneczną ulicę i miałam wrażenie, że oto wstępuję na jakąś nową ścieżkę.
W całkiem nowiutkie, pełne niespodzianek, życie...




 Oglądamy z Kochaną B. stare zdjęcia.
- Gdzie te czasy!- wzdycha, masując sobie kolano.
Na zdjęciach ona, wiotka jak rumianek, w spódniczce wielkości znaczka pocztowego.
Ja, na zdjęciach z "tych czasów" wiotka inaczej, w równie krótkiej sukience.
Czasy, ino mig!



Jaka szkoda, jaka szkoda, jaka szkoda
Że dni nasze, dni wiosenne nawet we śnie
Przepłynęły beznamiętnie
Bezszelestnie jak ta woda
Jaka szkoda, jaka szkoda, jaka szkoda

Poczem ta gwiazda kwitnąca
I tak cię nie uśpi, nie uśpi,
A woda odpływająca i tak cię minie
Przepłynie
Zatrzymasz się kiedyś bez tchu
Po tamtej już stronie snu
I będziesz wołał z daleka
Jak ja dziś wołam do snu
- Poczekaj, poczekaj, czy słyszysz, poczekaj...


 
 - Poczekaj...
Najbardziej żal mi wiosną tego samotnego cienia...




poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Niech no tylko zakwitną ...

Świat nie jest taki zły,
Świat nie jest wcale mdły,
Niech no tylko zakwitną jabłonie.
To i milion z nieba kapnie,
I dziewczyna kocha łatwiej,
Jabłonie, kwitnące jabłonie
Kwitną, kwitną!!!!
Nagle! 
Wszystkie!
Dziesięć dni temu marzłam w zimowym płaszczu, wczoraj spociłam się w samej podkoszulce.
Kwitną jabłonie i jabłonki.
Wiśnie  i czereśnie z drobnymi kwiatkami.
Mirabelki na biało, pachną jak  szalone.
Wierzby rozpuszczają zielone włosy.
Forsycje oszalały na żółto, wszystkie naraz.
Wiąz pod moim oknem czerwienieje kwiatami, zanim jeszcze wyda na  świat listki.
Na straganach bratki, pelargonie, stokrotki, niezapominajki...
Tulipany w ogródkach.

Wszystkim manna pada z nieba,
Ludzie mają co potrzeba,
Darmo światło, gaz, lokaje.
Śpią od rana do wieczora,
Czasem drepczą do kościoła
I nocą zmęczeni śpiewają.

Wczoraj niedziela.
Szłam sobie i stukałam kijkami. 
Ulice prawie puste, cicho, gorąco.
Z kościoła po mszy wychodzili wierni.
Panowie w garniturach, panie w białych bluzkach i garsonkach.
Nie pojechali tym razem do galerii handlowych.
Statecznym krokiem udali się do swoich samochodów i wrócili do domów na niedzielny rosół.
Albo schabowe.
Szłam sobie przez opustoszałe osiedle i zadzierałam głowę, spoglądając przez ukwiecone gałęzie na błękitne niebo.
Spotkałam Pana z Lalką.
Lalka od pewnego czasu ma nową smycz i obróżkę.
Pan Od Lalki ma nową czapkę z daszkiem.

Świat nie jest taki zły,
Świat nie jest wcale mdły,
Niech no tylko zakwitną jabłonie.
Babcie wnuczkom bajki klecą,
Złote zęby z nieba lecą.
Jabłonie, kwitnące jabłonie!

Dziś poniedziałek.
Poszłam z kijami na rehab.
Trochę padało, ale nawet kaptura nie założyłam.
Bardziej bym się spociła niż zmokła.
Świat pachniał jeszcze intensywniej - drzewami, mokrą ziemią, kurzem z chodników.
Ja trochę podśmierdywałam spod spoconych pach.
Na rehabie były też inne babcie. I dziadkowie.
Dzień dobry, dzień dobry. Do widzenia. 
Dzień dobry.
Od gabinetu do gabinetu.
Do widzenia. Dziękuję. 
Stałam potem w rejestracji tak długo, aż mnie ten świeżo zrehabilitowany kręgosłup znowu rozbolał!


Świat nie jest taki zły,
Świat nie jest wcale mdły.
Tak kończymy tę naszą melodię.
Wiosną ludzie umierają,
Wiosną ludzie się kochają,
I dziewczyna z ulicy i złodziej.
Policjanci i poeci, chuligani - złote dzieci,
Wszyscy tańczą do świtu kankana.
Śpią od rana do wieczora,
Czasem drepczą do kościoła,
 A w nocy zmęczeni śpiewają:
Świat nie jest taki zły,
Świat nie jest wcale mdły,
Niech no tylko zakwitną jabłonie!
To i milion z nieba kapnie,
I dziewczyna kocha łatwiej,
Jabłonie, kwitnące jabłonie!
  • Autor: Agnieszka Osiecka, Jerzy Afanasjew
A w drodze powrotnej rozdziawiłam usta przed białą magnolią, gęsto usianą kielichami kwiatów.
I pstryknęłam zdjęcie.

sobota, 31 marca 2018

Kto ja jestem?

Chciałoby się odpowiedzieć, jak nas za dawnych lat pacholęcych uczono: Polak mały.
Ale!
W obliczu awantur wokół "dżender" i feminizmu, nie tylko osobnik płci męskiej może być patriotą!
Należałoby zatem powiedzieć: Polka  mała (choć z tą "małą", to też przesada)
Dalej byłoby: jaki znak twój? - Orlica biała.
Chociaż do rymu, to nie do rytmu.
Do rytmu byłaby  "ptica", ale to znowuż nie patriotycznie. 

Nie o tym wcale miałam pisać. Moja skłonność do dygresji jest niepohamowana.
Kto ja jestem?
Przeglądam się w lustrze samokrytyki.

  • ponurak ( -czka)
  • eremita (-tka)
  • milczek (-czka?) 
  • introwertyk (-czka)
  • pustelnik (-ca)
  • odludek (-dka?)
  • smutas (-ka)
  • samotnik (-ca)

No, mizantrop (-ka) jednym słowem.
Choć wrogiego stosunku do rodzaju ludzkiego nie mam, zdecydowanie wybieram ostatnio za towarzysza (-szkę) Miśkę.
Może, jak oceniła pani Helena z kijowego bractwa, "to dziwactwo jakieś jest".
A może, jak mawia Wnuk, "mam fazę " na samotność.

Miśka czeka tylko na wołowinkę.
Niepotrzebne jej zdawkowe uśmiechy, ani uprzejme słowa.
Lubi się przytulać i lubi głaskanko. 
Bez zobowiązań.
Coś tam do mnie mruczy, ale równie dobrze mogę jej nie słuchać.
Wszystko jej jedno, co do niej mówię. 
I tak nie rozumie tej ludzkiej paplaniny.
Nie muszę się ładnie ubierać, ani ładnie wyglądać.  
Kocha mnie taką, jaka jestem (pod warunkiem, że mam w lodówce wołowinkę!)
Miśka nie za bardzo tylko lubi, gdy wychodzę. 

Więc póki co, jesteśmy mizantropki.
 
WESOŁYCH ŚWIĄT!
 



środa, 28 lutego 2018

Mróz, mróz, mróz!!


Podobno niska temperatura niszczy wirusy i bakterie.
Więc postanowiłam poniszczyć trochę.
Ulubiony serwis pogodowy poinformował mnie, że jest -9 stopni C, a odczuwalna temperatura wynosi stopni -16. 
Słonecznie, częściowe zachmurzenie. 
Powietrze lekko zanieczyszczone.
Warunki dla biegaczy "fatalne, lepiej nie wychodź z domu"
Za to dla astmatyków i reumatyków wyśmienite.
Ponieważ nie jestem ani jedno, ani drugie, ani trzecie, wyciągnęłam średnią arytmetyczna i wyszło mi, że mogę się przejść.

Warstw ubraniowych : 5
Warstw na twarz : 2
Czapka : jedna, szalik: jeden.
Kije: dwa. 
Chciałoby się rzec - kije w dłoń!

 
...Łuki w juki, a łupy wziąć w troki.
Hajda na koń! Hajda na koń! Okażemy się godni epoki, ach epoki.
Ruszamy w bój, aby Baśkę uwolnić od zbója.
Tatarzyn zbój, okrutny zbój, nie zwycięży nas nigdy...tralala!

No i mróz, okrutny zbój, nie zwycięży nas nigdy,  hu hu ha!

Przechodnie zakutani.
Ptaki się pochowały.
Pasażerowie na przystankach tupią i chuchają w ręce.

W parku pusto, jak w sklepach w 81͐ 
Idę, idę , idę! 
Nawet trochę mi gorąco.

Kaczki przycupnęły na zboczu małego wzniesienia, po słonecznej stronie.  Usiłują się rozgrzać.
Biedne kaczki.

Zdejmuję rękawiczki, żeby zrobić zdjęcie i palce natychmiast mi kostnieją.
Mróz, mróz, mróz!!




Z drugiej strony mostka... pan sika do rzeczki, a właściwie do lodu, w który rzeczka się zamieniła!!!!
O nie!  O NIE!!!!

Hajda na koń! Okażemy się godni epoki....

A w słonecznej Barcelonie deszcz ze śniegiem.
No, i dokąd ten świat zmierza?

wtorek, 6 lutego 2018

Z serii: kupiłam sobie...

Kupiłam sobie maszynę do szycia. 
Sama oczywiście.
Albowiem stara moja maszyna, choć do niedawna jeszcze szyła, nagle szyć przestała.
Po trzydziestu latach pracy odchodzi się na emeryturę.
Zasłużoną zresztą.
Zatem, chyląc czoła przed starym, sięgnęłam po nowe.
W ulubionym sklepie na "C" wypatrzyłam fajną, nie za wielką nie za małą,  zacnej firmy, z namalowanymi kwiatkami na tułowiu.
Na oko oceniłam, że maszyna razem z pudełkiem zmieści się do mojej magicznej wózko - torby.
Ale!
Jak wiadomo, "na oko chłop w śpitalu umarł"
Nabyta i opłacona maszyna do wózko - torby zmieścić się nie chciała.
Ani tak, a ni siak. Ani wspak.
Próbowałam ją wyłuskać z pudła,  bez skutku.
Otulona styropianową wytłoczką trzymała się mocno. 
Jako te "Chińcyki" w wiadomym dziele.
Próbowałam wsadzić ją pod pachę, na co mój kręgosłup wysłał ostrzegawczego maila do rozumu.
Maszyna niby nieduża, lecz swoje, to znaczy około 6,5 kilo z pudłem, ważyła.
Porwałam się na czyn prawie przestępczy - zwędziłam wózek sklepowy i pojechałam nim do domu.
Wózek landara, nie przystosowany do jazdy crossowej po nawierzchniach chojeńskich.
Telepał się, zacinał na krawężnikach, podskakiwał, dudnił i walił mnie po goleniach. 
A para ze mnie buch!
Aż przyszła pora (nie para)  wniesienia,  tak pochopnie poczynionego zakupu, na czwarte piętro.
Maszynę umieściłam na wierzchu  wózko - torby i zgięta w pałąk, przytrzymując pudło, stopień po stopniu wciągać zaczęłam.

I nagle....!

- A co też sąsiadka sobie nakupiła? - zapytał mój zbawiciel, czyli słusznej budowy Sąsiad z Naprzeciwka, mijający mnie w drodze na szczyt.
- A maszynę sobie kupiłam, tylko do wózka się nie zmieściła - zeznałam.
- Mam wnieść?

I wniósł, lekko, z gracją niemalże. 
I powiedział " nie ma za co" na me podziękowanie.

I tak sobie teraz myślę, że los, albo inne zawirowanie , czasem mi sprzyja.
"Jak dobrze mieć sąsiada..." Słusznej budowy, zresztą.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Truizmy

Rozmowy wczoraj się toczyły. 
Można by powiedzieć, że poprzez lądy i morza.
I góry.
Oraz aglomerację miejską.
Dzięki łączności satelitarnej głównie.

Wiek pary już dawno za nami... 

Umiejętność skutecznego, bezbolesnego i konstruktywnego rozstawiania się z Dzieckiem ciągle w powijakach.

Na fali tych  różnych wczorajszych rozmów o dzieciach, rodzicach, tudzież matkach wyrodnych  bądź nadopiekuńczych, przypomniała mi się piękna opowieść o Salomonowym wyroku.

A było tak:
 
"  Dwie nierządnice przyszły do króla Salomona  i stanęły przed nim. 
Jedna z kobiet powiedziała: 
- Litości, panie mój! Ja i ta kobieta mieszkamy w jednym domu. Ja porodziłam, kiedy ona była w domu.
A trzeciego dnia po moim porodzie ta kobieta również porodziła. Byłyśmy razem. Nikogo innego z nami w domu nie było, tylko my obydwie. 
Syn tej kobiety zmarł w nocy, bo położyła się na nim. 
Wtedy pośród nocy wstała i zabrała mojego syna od mego boku  i przyłożyła go do swoich piersi, położywszy przy mnie swego syna zmarłego.
Kiedy rano wstałam, aby nakarmić mojego syna, patrzę, a oto on martwy! Gdy mu się przyjrzałam przy świetle, rozpoznałam, że to nie był mój syn, którego urodziłam. 

Na to odparła druga kobieta: 
- Wcale nie, bo mój syn żyje, a twój syn zmarł. 
Tamta zaś mówi: 
- Właśnie że nie, bo twój syn zmarł, a mój syn żyje. 
I tak wykrzykiwały wobec króla. 
Wówczas król powiedział: 
- Ta mówi - to mój syn żyje, a twój syn zmarł; tamta zaś mówi - nie, bo twój syn zmarł, a mój syn żyje. 
Następnie król rzekł: 
- Przynieście mi miecz!
Niebawem przyniesiono miecz królowi. 
A wtedy król rozkazał: 
- Rozetnijcie to żywe dziecko na dwoje i dajcie połowę jednej i połowę drugiej!
Wówczas kobieta, której syn był żywy, zawołała: 
- Litości, panie mój! Niech dadzą jej dziecko żywe, abyście tylko go nie zabijali!
Tamta zaś mówiła: 
- Niech nie będzie ani moje, ani twoje! Rozetnijcie!
Na to król zabrał głos i powiedział: 
- Dajcie tamtej to żywe dziecko i nie zabijajcie go! Ona jest jego matką. "

Teraz trochę truizmów:
  • dzieci nie są po to, żeby spełniać nasze (rodziców) oczekiwania
  • dzieci nie muszą żyć według wyznaczonego im przez nas planu
  • dzieci nie muszą martwić się tym, że my się o nie martwimy (psycholog powie, że to nasz problem)
  • dzieci uczą się patrząc na to, jak żyjemy, a nie słuchając rad, których chcemy im udzielać w nadziei, że nie popełnią naszych błędów
Każde dziecko wreszcie jest odrębnym bytem i choćby nie wiem jak było podobne do ojca, dziadka lub stryjecznej babci, to zawsze pozostanie sobą i pójdzie własną wstęgą szos...

Napisałam do Syna:
"Kiedy mam już tyle lat, to wiem, że trzeba żyć po swojemu."
Odpisał mi:
"Ja to też  wiem, chociaż jestem młodszy. Może mnie tego jakoś nauczyłaś podświadomie..."

I wtedy właśnie mi się przypomniała ta opowieść o Salomonie.

I wiem, że to tylko Miłość sprawia, że pozwalamy dzieciom przepływać ocean.