niedziela, 23 czerwca 2019

Dzień Ojca





Ten tekst ukazał się w "Na Przełaj" w  1970 r.
Zostałam 531-szym Członkiem KMA, czyli Klubu Młodych Autorów.
To była moja pierwsza w życiu publikacja! 
Niewielu o tym wiedziało, może ze dwie, trzy osoby.

Nie pamiętam, skąd mi się wziął ten pomysł. To nie były moje doświadczenia, raczej moich kolegów, sąsiadów.

Minęło prawie 50 lat.
Styl pozostał infantylny.
Czy temat się zdezaktualizował?


WOŁANIE

- Tato! Tatooo!
 Nie ma go.
Kiedyś, dawno, był.
Duża, jasna twarz pochylała się nade mną i zielone oczy wpatrywały się w mój rozwrzeszczany pyszczek. Potem czułem silne ręce pod pachami, oszałamiający pęd powietrza i ciężkie, nieprzyjemne spadanie. Z powrotem w te twarde, bezpieczne dłonie. Wtedy nie umiałem jeszcze krzyczeć.
 Potem, mały, zasmarkany gnojek, siedziałem na podłodze nad popsutym traktorem i darłem się:
- Tata!!!  Ta-taaa!
 Matka patrzyła na mnie wilgotnymi, zapuchniętymi od płaczu oczyma.
- Cicho, syneczku, cicho. Taty nie ma...
Już go nie było.
Tylko ciężkie walenie butami w drzwi, tylko zachrypnięty bełkot i smród zapoconego ciała.
 Później już nie krzyczałem. Zachęcany kułakami przynosiłem śmierdzące spodnie i buty, nadstawiałem tyłek za dwójki i w milczeniu kurowałem naderwane ucho, a w nocy błagałem ze łzami w poduszkę:
- Tato!
 Matka się nie liczyła. Chyba nigdy. Nawet na jej pogrzebie szeptałem nieprzytomnie:
- Tatusiu! Tatuśku! - bo zapity jak prosię, mdlał i nie pozwalał zamknąć trumny.
 Kiedy wyrzucili mnie ze szkoły, leżałem zbity, skopany w komórce na jakichś workach i skowyczałem, jak zdychający psiak:
- Taaatoooo!
 Nie wiem, czy to było z żalu nad sobą, czy z bezsilnej złości, czy po prostu z nawyku...
 Kiedy pierwsza dziewczyna po raz pierwszy dała mi po buzi, zaciskałem z wściekłości pięści i znowu biegłem do niego. 
 Chciał mi pomóc. Nauczyć, jak postępuje się z dziewczynami. W połowie tego wykładu uciekłem, czerwony chyba również od środka. 
 Ale wracałem. Wiele razy jeszcze. Do niego. Czy to był mój ojciec?
- Tata! Tataaaaa...!
 No, czego się drzesz, smarkaczu? Przecież ci mówię, że go nie ma...Ach! Ty do swojego! Poczekaj, zaraz cię zdejmę z tej ławki. Po coś tam wlazł? No, widzisz, już w porządku.

- Aaaa! aa..aa..

Co? Teraz toto się drze!
Niby do mnie?..
Jak to ONA mówiła? Żeby wózkiem pobujać? No, bujam, już bujam. Przestań wrzeszczeć, ty mała istoto. Zamknij mordkę niby-człowieku. No, co? pewnie masz mokro? ONA kazała cię przewinąć.
 Nie! Drzyj się! Nie przewinę cię. Niech to  ONA zrobi. I tak będzie cie wychowywać. Tak, tylko ONA.
Będzie ci kazała nosić głupie, gryzące szaliki, nie pozwoli zjeść  pięciu lodów naraz, nawet w największy upał.
 Roweru też ci nie pozwoli kupić. Nie myśl sobie, że to będzie tak słodko.
 Odechce ci się jeść po kryjomu brudne czereśnie i zielone papierówki. Ale musisz JĄ szanować. Tak.
Dlatego cię nie przewinę. Żebyś nie przyzwyczaił się do moich oczu. Żebyś nie musiał krzyczeć do mnie.
Zresztą, wy i tak uczycie się najpierw JEJ imienia.
Pierwsze wasze słowa, to właśnie MAMA.
Nie wrzeszcz już! No... 

-Ta-ta, ta-ta, ta-ta, aaaa...!

Co? Ty... ty do mnie?  Czekaj, czekaj, zaraz! Ty naprawdę? Wiesz... Nie spodziewałam się.
Ale.. gdzie diabli posiali te pieluchy?  Są! No, już dobrze.
Uśmiechasz się, draniu! Nabrałeś mnie!

-Ta-ta-ta-ta!

Niech ci będzie. Ostatecznie masz do mnie prawo.
Nie bój się. Rower też ci kupię. ONA pozwoli. Zobaczysz, fajnie będzie.
Tylko nie krzycz.
Albo lepiej... krzycz!




piątek, 21 czerwca 2019

Czwarta klasa

Przedwczoraj Wnuk zakończył klasę trzecią.
Były cenzurki, dyplomy, nagrody i uściski dłoni.
Kwiaty i czekoladki.
Całusy.
Oklaski.
Przybijanie piątki. 
Pani Ania wygłosiła ładną mowę.
- Pamiętajcie o naszej zasadzie: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Jesteście świetną klasą i niech tak zostanie - powiedziała wzruszona.
Dzieci klaskały.
Maks się rozpłakał. 
Rodzice robili owację na stojąco.

A mnie przypomniał się   inny dzień, inne zakończenie roku.
Dokładnie 50 lat temu.
Też były kwiaty, uściski, pożegnania.
Potem całą gromadą pojechaliśmy z naszą ulubioną panią Markiewicz do jej małego mieszkanka na Teofilowie, dźwigając naręcza kwiatów i torby z prezentami. 
Nasza Klasa.
Minęło 50 lat, a ja potrafię wymienić imiona i nazwiska wszystkich osób ze zdjęcia.
I jeszcze tych, których na nim nie ma.




W trakcie kwietniowego strajku nauczycieli słyszałam głosy takich, którzy uważali, że "w głowach im się przewraca! posiedzieliby przez osiem godzin w  sklepie, albo w fabryce..."

Myślę zawsze  wtedy: postaliby dzień w dzień przed dwudziestoma albo trzydziestoma dzieciakami po to, żeby nauczyć ich różnych rzeczy potrzebnych do końca życia.
Popróbowali utrzymać w ryzach ich uwagę i niesforne nogi.
Godzić kłótnie. Przerywać bójki. 
Uczyć nowych piosenek, nowych zabaw, nowych słów. 
Przygotowywać dziesiątki i setki pomocy do wycinania, klejenia, kolorowania, wypełniania...
Prowadzać całą gromadę na basen, do kina, do parku, pilnować na przejściach, w tramwajach, w szatniach, nad brzegiem stawu...
Stosować się do zaleceń wydawanych przez rozmaite instytucje, specjalistów, lekarzy, psychologów i pedagogów.

Słuchać opowieści o babciach, dziadkach, kotach, siostrzyczkach, chomikach, treningach, bólach brzucha, kolekcjach kart piłkarskich, prezentach gwiazdkowych, pijanych wujkach, nocnych strachach, nowych sympatiach i antypatiach.

Zostawiać niedojedzoną kanapkę i niedopitą herbatę, gdy dzwoni dzwonek na lekcje.

Zaliczać zebrania, Rady Pedagogiczne, konsultacje i wywiadówki  w nieograniczonych ściśle ilościach, do wieczora.


Zobowiązać się do zdobywania stopni awansu zawodowego, co oznacza kilkunastoletnie zadanie terminowe, takie jak:
  • poznawanie przepisów prawa oświatowego, regulaminów, kodeksu pracy, wewnętrznych zarządzeń
  • udział w szkoleniach, kursach, studiach podyplomowych, pogłębianie wiedzy z zakresu dydaktyki, pedagogiki, profilaktyki narkomanii, zaburzeń zachowania
  • orientację w problemach emocjonalnych, psychicznych, poznawczych...
  • korzystanie z nowoczesnych technologii komunikacji, stosowanie narzędzi multimedialnych, sprawne posługiwanie się edytorem tekstu, drukarką, skanerem...
  • tworzenie własnych programów, projektów, scenariuszy, konspektów
  • współprace ze środowiskiem lokalnym, z organizacjami oświatowymi, kulturalnymi, z kuratorami dla nieletnich, z poradniami psychologicznymi...
  • zdawanie egzaminów przed komisjami i ekspertami
 
Nic nie zmyślam, byłam ekspertem, to wiem. 
 
Pierwsze dwa, trzy tygodnie września nauczyciel ledwo mówi, raczej chrypi.  
Choroby swoje i swoich dzieci odkłada na później, początek i koniec  roku szkolnego oraz początek semestru, to czas newralgiczny, samo się nic nie zrobi.
 
Urlop MUSI brać w lipcu i sierpniu. 
Żadnych wycieczek last minute z mężem lub żoną do Egiptu w grudniu.

Nauczycielem nie byłam (dzięki Bogu!!), ale w szkole zdarzało mi się bywać na różnych zajęciach z dziećmi.
Poczucie ulgi i wolności przy zamykaniu za sobą drzwi szkoły po czterech godzinach lekcyjnych - nie do opisania!!!!
 
Ale, ale, po co ja to wszystko piszę? 
 
Miało być o pięknych doświadczeniach wczesnoszkolnych, tych cudownych wspomnieniach lat dziecięcych, szalonych, radosnych, pełnych wspaniałych perspektyw i marzeń o przyszłości.

Jakoś mi się wydaje, że gdyby nie nasza kochana pani Markiewicz, ironiczny pan Antosik, cudny pan Lasota, subtelna pani Garmulewicz, a nawet (!) srogi pan Kozieł, byłabym dziś kimś innym.


Opis: z aktu fundacyjnego Akademii Zamojskiej, 1600r.:
 
"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie… 
Nadto przekonany jestem, że tylko edukacja publiczna zgodnych i dobrych robi obywateli"
Jan Zamojski (1542–1605) 
polski polityk, mąż stanu, kanclerz wielki koronny i hetman wielki koronny,


Na zakończeniu roku u Wnuka, pani Ania nie mogła powstrzymać się od łez.
Wypuszczanie w świat piskląt, to bolesny proces.

- Będziecie ją odwiedzać w czwartej klasie, nie? - zagadnęłam, gdy już naoglądaliśmy się świadectwa, dyplomu i książki z dedykacją.

- Na każdej przerwie! - odparł Wnuk z taką pewnością i przekonaniem, jakby już dawno miał to obcykane.

Bo kochamy naszych Nauczycieli...

sobota, 15 czerwca 2019

Czasami sztorm

Tęsknota, jest jak morze.

Czasami takie gładkie, spokojne, migotliwe.
Z jednej strony żółty, ciepły piasek, z drugiej uspakajający szum.
Głaski słońca.
Jak obietnica.

Czasami jednak zrywa się wiatr.
Nagle. 
Jak niespodziewana turbulencja, bach!!

 "Głównym czynnikiem odpowiadającym za siłę wiatru jest ciśnienie. Im większa jest różnica ciśnienia na małym obszarze, tym silniejszy jest wiatr"

Bardzo silny wiatr (o sile nie mniejszej niż 8° w skali Beauforta) powoduje sztorm na cudnym, błękitnym morzu.

Nie wiem, skąd się bierze gwałtowna różnica ciśnień na małym obszarze mojej osoby.
Morze tęsknoty zamienia się w  ryczące bałwany  i nie wiadomo, gdzie się ukryć.
Znikają romantyczne muszelki i  wygładzone kamyki.
Odfruwają  mewy.
Wiatr porywa mi spokój i błogosławioną równowagę.
Ledwo się trzymam, ledwo...

Potem na piasku zostają rozległe, głębokie kałuże.
Wyrwy w lądzie.
I w duszy.

 "Obszar lądu położony poniżej poziomu morza, to depresja"

Moja tęsknota jest jak morze...

piątek, 3 maja 2019

Do domu

Podobno wszędzie dobrze, a w domu najlepiej.
A dom Twój  tam, gdzie... Twój kot.

Syn i Mała M. zostali więc z Kotem Piernikiem na ulicy Cinca, w mieszkaniu z wykuszem.
Oni odzyskali swoje wygodne łóżko, a Kot Piernik święty spokój.

My wyruszyliśmy w drogę powrotną.
W pociągu wiozącym nas na lotnisko El-Prat graliśmy znowu, tym razem w dwadzieścia pytań. 
Kategoria : zawód.
Wnuk wymyślił.
Nie zgadłam, chociaż wykorzystałam wszystkie pytania, a może nawet więcej. I wspomagał mnie myśleniem Mądry Zięć
Odpowiedź brzmiała: komornik.
Niezbadana jest zawartość szarych komórek Wnuka! 

Niosąc i ciągnąc swoje bagaże długim korytarzem od pociągu do hali odlotów terminala pierwszego, dywagowaliśmy na temat rozmieszczenia  naszych miejsc w samolocie. 
Kto z kim, gdzie...
Córka wolałaby z brzegu, mnie wszytko jedno, na szczęście nie przy oknie.
- Może ktoś spokojny będzie tym razem obok - wyraziła  nadzieję, wspominając  wrzeszczącego Michasia i jego rozćwierkaną i wiercącą się wte i wewte mamę.
- Oby - przytaknęłam.
Mama Michasia, choć w gruncie rzeczy sympatyczna, robiła tyleż samo zamieszania, co jej synek. 
Huśtała, podnosiła, karmiła, poiła, chodziła po wodę do stewardes, szukała czegoś pod fotelami, w bagażach, prowadzała Michasia po pokładzie, zabawiała pokazywaniem detali różnych i usiłowała zagłuszyć jego marudzenie swoim nieustającym gruchaniem do niego.

Port Lotniczy Barcelona jest duży, wielopoziomowy.
Jest drugim co do wielkości lotniskiem Hiszpanii.
Obsługuje loty do wszystkich prawie krajów świata.



Nowy terminal 1 zaprojektowany przez Ricardo Bofilla został zainaugurowany w dniu 16 czerwca 2009. Jest to piąty co do wielkości tego typu obiekt na świecie, i ma powierzchnię 548.000 m², a rampa samolotowa 600.000 m².
Jego wyposażenie obejmuje:
  • 258 stanowisk odpraw
  • 60 rękawów
  • 15 karuzeli bagażowych (jedna z nowej karuzeli odpowiada 4 karuzelom w starym terminalu)
Mieliśmy sporo czasu, wędrowaliśmy przez rozległe hale, a to szukając automatów z batonikami, a to odpowiedniej wody.
Przysiedliśmy sobie na jednej z wielu ławek.
Aż tu nagle...

- Dzień dobry!- usłyszałam zza pleców. 

W rzeczy samej!
Na tym gigantycznym lotnisku, odprawiającym codziennie do Polski jakiś samolot (może nawet niejeden), na lotnisku z  dziesiątkami, a może i setkami ławek, wśród setek (a może i tysięcy) pasażerów, spotykamy się, siadamy na ławkach ustawionych plecami do siebie, my i Michałek oraz jego, sympatyczna  skądinąd mama wraz z towarzyszącym im milczącym tatą.

Świat jest mały? 
Mniejszy niż się wydaje.

Kiedy okazało się, że Państwo z Michałkiem mają miejsca w tym samym rzędzie, co my  Córka  zamieniła się ze mną  pośpiesznie.

Miałam więcej szczęścia.
Pora była późna,  Michałek po kilkunastu minutach migrowania z kolan na kolana, zrzucania na podłogę różnych akcesoriów i krótkiego popłakiwania, zasnął.

Spał do końca podróży. Szczęściarz.
Też bym lubiła zasnąć i przespać resztę.
Nie zasnęłam
Przecierpiałam wszystkie turbulencje.
Zaciskałam dłonie na oparciu fotela i przyrzekałam sobie w duchu, że jak przeżyję, to więcej nie polecę. 

Przy lądowaniu odważyłam się rzucić okiem za okno.
Pod nami rozpościerała się nocna Warszawa.
Jak gigantyczna choinka z łańcuchami świateł albo migocząca na granatowo - czarnym aksamicie luksusowa biżuteria.
Piękna!

Może jednak jeszcze kiedyś polecę.
Na razie rozpieszczam Miśkę, bo gdzie kot Twój, tam serce Twoje...


czwartek, 2 maja 2019

Świętowanie



Pascua en Barcelona

Najważniejszym dniem Wielkanocy jest w Hiszpanii Wielki Piątek.
Rozczarowaliśmy się srodze, planując "wpadnięcie" do kilku sklepów przed wyjazdem do Sitges.
W Wielki Piątek handel zamiera (prawie, bo pracują oczywiście Pakistańczycy w swoich sklepikach, które trochę przypominają nasza Żabki)

W Wielki Piątek chodzą też procesje, w czasie których noszone są wielkie platformy z ołtarzami i figurami świętych.


W Sitges procesja szła również, niestety wyruszała dopiero o 22.00 i tylko Zięć miał siłę na podziwianie jej. 

Sobota okazała się dniem bardzo zwyczajnym, żadnych święconek ani koszyczków. 
Żadnego święcenia pokarmów. 
Żadnych pisanek.
Jeżeli chodzi o jajka, to królują wielkie czekoladowe jaja przystrojone w kolorowy celofan. Są różnej wielkości i można je kupić za 40, 60 albo i więcej euro.




W niedzielę handel i gastronomia pracowały pełną parą.
Weszłam do kościoła św. Bartłomieja i św. Tekli (Iglesia de San Bartolomé y Santa Tecla), właśnie zaczynała się msza.
Było trochę ludzi, ale trudno mówić o tłumach. W każdej ławce siedziały po trzy, cztery osoby.
Szukałam Grobu  Pańskiego. 
Przyzwyczajona do bogato zdobionych i wymyślnych czasem Grobów w kościołach w Polsce, ledwo go znalazłam.
Ascetyczna figura Chrystusa spoczywała w oszklonej trumnie, bez kwiatów, bez świec, bez dramaturgii.

Nasza Wielkanoc  sprowadziła się do jajek czekoladowych i mazurków, które przezornie wysłałam wcześniej z Polski.
Jajka na twardo celebrował głównie Wnuk.

Poniedziałek nie jest świętem obchodzonym w całej Hiszpanii.
W Katalonii obchodzi się Mona de Pascua.
Dzień świątecznego ciasta, przystrojonego kolorowo w czekoladowe figurki, piórka i inne ozdóbki. 
Figurki, to owszem, jajeczka i kurczaki, ale też postacie z bajek, bohaterowie Disneya, oraz ulubieni piłkarze i piłkarskie akcesoria.


 
Cena zależy od wielkości i wagi: 20, 30, 40 ale i 60 euro.
Dzieci dostają je w prezencie. Taki nasz "zajączek" 
Dyngusa oczywiście brak!

 
El Dia de Sant Jordi

Dzień Świętego Jerzego, patrona Katalonii.

"Legenda głosi, że przerażający smok terroryzował mieszkańców małego katalońskiego miasteczka Montblanc. Smok pożerał wszystkie zwierzęta, aż nie zostało w mieście już ani jedno. Aby uspokoić smok, mieszkańcy zdecydowali się poświęcać jedną osobę dziennie. Osobę tę wybierano poprzez wyciąganie losów. Nieszczęśnik, którego imię znalazło się na losie zostawał ofiarowany smokowi. Pewnego dnia wylosowano imię córki króla. W momencie, kiedy smok był już gotowy, by połknąć księżniczkę, odważny rycerz przybył i zabił zwierzę. Tym odważnym rycerzem był właśnie Święty Jerzy. W miejscu, gdzie rozlała się smocza krew wyrósł krzew różany. Z tego właśnie krzewu św. Jerzy zerwał czerwoną różę i wręczył ją księżniczce."

W związku z powyższym Katalończycy obchodzą w tym dniu swoje Walentynki, czyli  Dia de los Amantes.
Mężczyźni wręczają swoim ukochanym różę.
Kobiety kupują mężczyznom książki, bo od pewnego czasu jest to również święto książek.
Trzy w jednym.

Róże są wszędzie, kolorowe, żywe, cukrowe, plastikowe, malowane, pojedyncze, w bukietach, przypinane do ubrań.
Książki są głównie na Ramblach.




Najlepszy z Zięciów zdecydował się ,z okazji swoich urodzin w tym dniu, na kulinarny eksperyment.
Zaszliśmy do  La Boqueri, największego bazaru Barcelony i na stoisku z owocami morza zakupił ostrygę oraz jeżowca.

 
- Daj spróbować - powiedział Syn, wskazując na stwora z kolcami.
Nie wiedział, co mówi.

Cisza po konsumpcji trochę trwała.

- Jak bym był odkrywcą i szukał jadalnych stworzeń, to uznałbym to za truciznę! Smakuje jak muł z dna morza! - orzekł wreszcie.
Na szczęście zatrzymał zawartość w żołądku.

Zięć nie wypowiadał się aż tak kategorycznie, ale nie sądzę, żeby polubił jeżowce!

Hiszpanie lubią świętować.
W tym roku w kalendarzu Katalonia ma zaznaczonych 14 dodatkowych dni wolnych od pracy.

"Fiesta, sjesta i mañana" - baw się, odpoczywaj, a co masz zrobić dzisiaj, można przełożyć na jutro.
Święto, to święto. Jest dla wszystkich. 


Hasta mañana!
 

środa, 1 maja 2019

Co kto lubi



Kiedy kilka miesięcy temu spytałam Wnuka o marzenia, odpowiedział: "polecieć jeszcze  samolotem i obejrzeć mecz na Camp Nou"
Proście, a będzie wam dane...

Na wieść o biletach na mecz Barcelona - Real Sociedad, Wnuk oszalał z radości.

Mecz miał się odbyć w sobotę, o godzinie 21.00
W Wielką Sobotę.
 
Radości Wnuka  nie przyćmiła ani konieczność długiej podroży ze Sitges do Barcelony, z przesiadką, z przerwą na karmienie Kota Piernika, ani perspektywa przedzierania się przez tłum kibiców przy wejściu, ani deszcz (no, deszczyk), ani zimno, ani przeczekiwanie rozgrzewki zawodników...


Grali ci, których znał z ekranu i  ze zdjęć na kartach  FIFA: Messi, Alba, Rakitic, Coutinho, Suárez, a w bramce Marc-André ter Stegen.

Było wszystko, jak trzeba.
Hymny, skandowanie, machanie szalikami, trąbienie, śpiewy i  zdzieranie gardeł.
Wnuk kibicował. 
Zięć fotografował i nagrywał.
Piłkarze zdobywali gole.

Barcelona wygrała 2:1!
Wynik dobrze obstawiła Mała M. 


Barça!
Barça!

Barça! 


Pozostałe przyjemności Wnuka (w kolejności niezamierzonej) :
- lody Magnum
- wielki ekran telewizora w Sitges
- skakanie przez fale
- sucha bagietka 
- jajka na twardo
- cukier w saszetkach,  podkradany ze spodków z kawą od Mamy
- sprzęty do wspinania na placach zabaw (wszelkie)
- patatas bravas (im pikantniejszy sos, tym lepiej) 
- robienie głupich min do zdjęć
- robienie zdjęć innym, gdy mają głupie miny
- mówienie po hiszpańsku "do widzenia", czyli "adios" lub "dziękuję"  - "gracias" 
- śpiewanie pod prysznicem




Dzieci znajdują dla siebie dużo  powodów do radości.

Przyjemności Córki:
- kawa
- kawa 
- kawa
- batoniki z Mercadony


Przyjemności Zięcia:
- wszystko!!!



Moje przyjemności:
- patrzenie na nich pięcioro - zaśmiewających się z czegoś,  oglądających The Good Doctor, walczących z wiatrem, oblizujących palce po tapas...

" To nasze dzieło, Kochanie" szepczę w duchu do A.

I pękam z dumy.




 

wtorek, 30 kwietnia 2019

Sitges wita Was.



Sitges – małe miasto i kąpielisko morskie w Hiszpanii, na Costa del Garraf, w regionie autonomicznym Katalonii, położone około 35 km na południowy zachód od Barcelony

Pojechaliśmy pociągiem, z małą  przesiadką z metra na stacji Sants.
Po drodze graliśmy w "najgłupszą grę świata", czyli wymyślanie słów na wylosowaną literę.
Gra właściwie nie jest grą, bo nikt w niej nie wygrywa ani nie przegrywa. 
Za to angażuje rozum i odciąga myśli od marudzenia i bezustannego pytania: "kiedy wysiadamy?".
 
Sitges powitało nas deszczem (no, deszczykiem) i wiatrem.

Wiało mocno.
Palmy kołysały się, jak wysokie maszty na wzburzonym morzu.
Co jakiś czas spadały pod nogi gałęzie i kuliste kwiatki platanów. 
Gdzieś trzaskały przewrócone doniczki.
Platanowy pył tworzył małe żółtozielone  tornada.
Fruwały serwetki, porwane z restauracyjnych stolików.
Piach z plaży sypał w oczy i zgrzytał w zębach
Turyści i nie-turyści niewiele sobie z tego robili.
Widocznie Sitges tak ma.

Plaża, na której mieliśmy się ewentualnie opalać i budować zamki z piasku, zniknęła pod szalejącymi bałwanami.
Plaża i kawałek "przyplaży".
Kilka zalanych przejść  odgrodzono białą taśmą, co wcale nie powstrzymywało niektórych przechodniów, ani tym bardziej rozhuśtanego morza.

Pozostało nam łapanie wiatru we włosy i uciekanie przed rozbryzgująca się wodą.

Niektórym się udawało.

 
 
A niektórym nie!
 


Ale dostaliśmy za to świetną "miejscówkę"!
Trzy pokoje z pięknym salonem i nowoczesnym aneksem kuchennym.
Z wielką łazienką.
Z balkonem.

Na pierwszym piętrze.
Z windą.
Z wielkim  telewizorem.
I z wolnym WiFi!

W sobotę wyruszyliśmy na zaplanowaną przez Syna wycieczkę do winiarni.
Pół godziny autobusem i jeszcze 10 minut zdobytą brawurowo przez Małą M. taksówką,   po zboczach porośniętych krzewami winorośli, drogą pełną zakrętów...

Wyobrażałam sobie winiarnię, jako piwnicę pełną wielkich beczek z kranikami i pękatych gąsiorów z winem.

Tymczasem urocza przewodniczka Bianka powiodła nas do hali produkcyjnej z gigantycznymi, metalowymi zbiornikami i wyciskarką przypominającą monstrualną maszynkę do mielenia mięsa.
Kilka metrów pod ziemią, w mrocznych i zimnych piwnicach, w towarzystwie zwisających z sufitu porostów i gęstych pajęczyn, spały tysiące butelek z winem. 
Imponujące!



Na koniec jeszcze degustacja szampana. 

- Ty się chyba upiłaś, babcia!

To była bardzo miła wycieczka!