Kasłałam. W lutym.
W marcu też kasłałam.
Przy wydechu gwizdało mi w oskrzelach.
Poszłam do doktora. Doktorowej (doktorki?)
- Infekcja była?
- Nie.
- Gorączka?
- Nie.
- Inne objawy?
- Nie.
- No, coś pani świszcze, ale nie wygląda to na zapalenie.
- Uczulona jest pani na coś?
- Nie.
Może jednak...
Lek na alergię nie pomógł wcale.
Hm...
Lek wziewny dla astmatyków pomógł na chwilę. Dokładnie na tydzień.
Prześwietlenie płuc.
"Delikatne, plamiste zagęszczenia, mogące odpowiadać odoskrzelowym zmianom zapalnym"
Ale! W badaniu krwi na CRP zero zapalenia.
Hm, hm...
Dostałam skierowanie do pulmonologa.
Był maj. Kwitły bzy.
Kasłałam.
Termin do pulmonologa na 6-go sierpnia.
Tak gdzieś koło końca lipca, miła pani z rejestracji poinformowała mnie, że "pani doktor jest chora i proszę przyjść 20-tego."
Proszę bardzo. Poszłam.
Scen z korytarza przed gabinetem nie będę opisywać, bo wyszłaby epistoła.
Pani doktor/ożka pulmonolog/ożka Dorota siedziała za wielką plastikową osłoną i stukała w klawiaturę.
- Alergie?
- Nie.
- Infekcje?
- Nie.
Spojrzała podejrzliwie.
- Ale tu jest napisane, że są zmiany zapalne!
- Ale bez innych objawów...
Prychnęła. Wyszła zza płachty. Osłuchała mnie. Nic nie powiedziała.
Wróciła za płachtę. Stukała w klawiaturę.
- No to zrobimy jeszcze badania i zobaczymy, co wyjdzie. Jak przyjdą wyniki, to zadzwonię do pani.
- Niech sobie pani bańki postawi! - poradziła na pożegnanie.
Sobie baniek nie postawiłam. Poszłam na badania.
Wyniki przyszły po pięciu dniach na moją pocztę mailową.
Wszystko tam było w porządku poza takimi jakimiś na "ch", co były dodatnie.
Tu cię mamy!
Czekałam na telefon od laryngolożki Doroty.
Czekałam.
Czekałam.
Zadzwoniłam do poradni, żeby umówić się na wizytę i dowiedzieć się, co dalej.
- Proszę bardzo - powiedziała miła pani w rejestracji - 10-tego grudnia.
Tego roku.
Minął sierpień.
Przedwczoraj poszłam do profesora K. w celu zaszczepienia się przeciw grypie. Zabrałam wyniki, bo a nuż te dodatnie na "ch" będą przeciwwskazaniem. Nie były.
Profesor K. obejrzał wyniki dokładnie i powiedział, że mam "młode" te na "ch." i zapisał mi antybiotyk.
Antybiotyk nabyłam za złotych 98,91. Zażyłam.
I tu następuje tytułowy Szock!
Wczoraj. O godzinie 19.45. Zadzwonił telefon.
- Dobry wieczór, tu laryngolożka Dorota. Przyszły wyniki, jak tam kaszel?
Tak mnie zatkało, że chwilę cisza trwała na łączach.
Wyjaśniłam sytuację.
- Aha - powiedziała - to zobaczymy. Zadzwonię za tydzień.
Robimy zakłady?


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz