niedziela, 30 sierpnia 2026

Janioły

Uszyłam Anioła.

Konkretnie Anioła  Gabriela. Jakby kto wątpił.

Kiedy tak na niego patrzę, to  raczej Aniołek Gabrielek. Czyli Gabryś.

Pod koniec roku zagra główną rolę  w teatrzyku naszym, co się nazywa Seniorek.

To nie pierwszy anioł mojej produkcji. 

A kiedy się rozglądam, widzę, że otacza mnie sporo różnych aniołów. Mniejszych i większych. Ładniejszych i brzydszych (o ile anioły mogą być brzydkie).

Wiem, mogą być też anioły upadłe, o tych nie mówimy. Ani nie myślimy.

 

Bardzo lubię swojego grubego, rudego anioła, którego przywieźliśmy dawno temu z Krościenka.

Wygląda na przyzwoitego.

Chociaż, zasadniczo, w anioły wierzę  mniej więcej tak samo, jak w krasnoludki i Smoka Wawelskiego.

Kiedyś wierzyłam w Anioła Stróża, tego, co to czuwa nad parą dzieci przechodzących przez strumyk. Był jakiś bardziej wiarygodny i przystępny, niż reszta świętych. Poza tym był ładny. A może ładna. Z długimi lokami i w pastelowych sukniach.

Nie pamiętam, kiedy wierzyć przestałam. 

 

Przegląd od AI

Anioły to czyste duchy, co oznacza, że nie mają fizycznego ciała, materialnej formy ani płci. W swojej prawdziwej naturze są niewidzialnymi posłańcami Boga. Kiedy jednak ukazywały się ludziom w Biblii lub przybierały konkretną postać, ich wygląd zależał od ich rangi i roli.

 

Anielica przywieziona przez Męża z Krakowa

 

A to całkiem szczególny anioł zrobiony na terapii zajęciowej w Ośrodku Dziennego Pobytu

 

 

 Anioł niosący światło

 


 I ten, gaszący płomień.


Przegląd od AI
Człowieka o cechach anioła (tzw. ziemskiego anioła) można rozpoznać po głębokiej empatii, bezinteresownej trosce o innych oraz wewnętrznym spokoju, który wnosi w życie otoczenia.

wtorek, 25 sierpnia 2026

Siemanko!


 

Siemanko! To okrzyk, którym wita się z widzami Wiola Błazucka  na swoim kanale youtubowym "Pierogi  z kimchi"

Trafiłam na niego przypadkiem, pewnie ze trzy lata temu. Obejrzałam i zostałam. 

Wiola jest niezwykle sympatyczna, bezpretensjonalna, naturalna i spontaniczna. 

Mieszka w Korei Południowej od dziewięciu lat. 

Zakochała się w kraju i w Koreańczyku. Wyszła za mąż, urodziła dwoje dzieci.  

W swoich filmach opowiada o zwykłym, codziennym życiu. 

Wychodzi na spacer z córką i komentuje to, co akurat widzi. 

Wydarzenia uliczne, aktualną pogodę, dźwięki cykad, kwitnące wiśnie, modę, miejską komunikację.

Tłumaczy napisy i reklamy. Robi zakupy. Wędruje po centrach handlowych. Odwiedza fryzjera i kosmetyczkę. 

Odpowiada na pytania followersów.  

Pytań jest dużo.

O zwyczaje, o działania rożnych instytucji - służby zdrowia, szkolnictwa, kościoła, urzędów. O  rynek pracy, o opiekę socjalną, o koreańskie seriale, o konflikty pokoleniowe...

Rozmawia z Koreańczykami o Korei. 

Z Polakami o Koreańczykach. 

W piątki na ekranie gotuje  razem z dziećmi (7 i 2 lata) szybkie, koreańskie dania. Dzieci mieszają, kroją, dosypują i próbują.

- Dobre? - pyta Wiola po polsku. Kiwają głowami z entuzjazmem. 

Napisała trzy książki kucharskie,  wydane przez polskie wydawnictwo.

Z dwójką dzieci, wózkiem, czterema  walizkami, dwoma torbami (dużą i małą), i plecakiem (średnim) przyleciała w lipcu do Polski na spotkania autorskie ze swoimi czytelnikami.

Sale były pełne, wiele osób  zaczepiało  ją na ulicy i wołało  "siemanko!".

Wiola rozdawała podpisy i uśmiechy. A śmieje się naturalnie i szczerze, bo Wiola się nie kreuje, naprawdę lubi  ludzi.


Dlaczego ja w ogóle o niej piszę?

Otóż podziwiam Wiolę i jej zazdroszczę. 

Podziwiam za pracowitość i zazdroszczę systematyczności.

Miałam takie postanowienie noworoczne, że napiszę co najmniej trzy posty w miesiącu. Wychodzi 36 w roku.  

Wiola wstawia swoje filmiki systematycznie, na ogół trzy razy w tygodniu!

Ktoś tu kiedyś wspomniał, żeby pisać o wszystkim i o byle czym.

Bo to też może być ciekawe.

Kto wie, kto wie...

No, to ...pa, pa!!! 

 

środa, 12 sierpnia 2026

Relacje

Jakiś czas temu przeczytałam książkę "Rok magicznego myślenia" autorstwa Joan Didion. Sięgnęłam po nią, bo fragment zapowiadający brzmiał:

 "Siadasz do kolacji i życie, jakie znasz, się kończy. Ta książka to przejmująca opowieść o żałobie. (...) 

Precyzyjna, ale jednocześnie wrażliwa i czuła narracja dotyka uniwersalnego znaczenia tych doświadczeń, sprawiając, że „Rok magicznego myślenia" jest wymieniany pośród stu najważniejszych książek, które trzeba przeczytać w życiu." 

Nigdy wcześniej nie słyszałam o Joan Didion, chociaż opisywana jest jako  wybitna amerykańska dziennikarka, eseistka, powieściopisarka i scenarzystka. Współtworzyła z mężem Johnem Gregorym Dunne’em scenariusze do kilku filmów, całkiem znanych, z takimi gwiazdami jak Al Pacino, Barbra Streisand, Robert De Niro, Robert Redford, Michelle Pfeiffer...

 

Przeczytałam "Rok magicznego myślenia" i w jakiś szczególny sposób poczułam więź z Joan Didion. 

Dziwne, zważywszy na różnicę wieku, statusu społecznego, odległości, różnicę kulturową i wszystkie inne, wydawałoby się, same różnice. 

Ale, jak widać, "z jednej tkaniny wszyscy jesteśmy..."

Czytam teraz "Notatki dla Johna".

Joan Didion przez półtora roku uczęszczała na psychoterapię. Po każdej sesji sporządzała notatki, które w założeniu były przeznaczone dla męża.

"Notowała rozmowy o alkoholizmie, adopcji, depresji i lęku, o napięciach rodzinnych i poczuciu winy, o zawiłościach relacji z córką, Quintaną" 

Książka nie jest łatwa w odbiorze, ze względu na formę. Dużo tam zdań typu "powiedziałam, że powiedziała, że myśli, że ja myślę..."

Mimo to rozumiem dobrze Joan Didion.

 

Chcemy być dobrymi matkami. 

Chcemy dobrze wychować swoje córki.

Skąd wiemy, jak to jest "dobrze"?

Z ogólnie  przyjętych norm i wzorców. Nauczyciele o tym mówią. Książki o wychowaniu. Eksperci od relacji społecznych. Programy telewizyjne. Familijne filmy. Bajki o dwóch złych siostrach i jednej dobrej sierotce.

Ludzie nam to mówią. Obcy i znajomi. 

"Niech pani coś jej powie..."

Pediatrzy, psycholodzy i pedagodzy.  

Czasem mówi nam o tym teściowa.

Wierzymy im albo nie.

No, i matka. 

Bo: "wszyscy nosimy w swoich głowach drobne fragmenty naszych matek i ojców"

Można by, parafrazując Ewangelię, rzec - na początku była matka.

Nie chcę być, jak moja matka.

Jestem, jak moja matka.

Miotam się między buntem, a poczuciem winy.

Matki chcą jak najlepiej, Dla córek.

Córki chcą być sobą. 

Matki wiedzą lepiej, już przeżyły swoje,  doświadczyły, wycierpiały.

Córki chcą być wolne. Cierpieć po swojemu.

Lęk przed nadopiekuńczością graniczy z lękiem przed nadmiernym zdystansowaniem. Czy, jeśli pozwolimy im odfrunąć, nie  poczują się odrzucone i samotne?

Dzieci nie muszą zasługiwać na miłość  matek.

Czy matki muszą zasłużyć na miłość  córek? Czasami miałam wrażenie, że tak i się starałam. Niepotrzebnie. 

Czy byłam, jestem dobrą matką? Wystarczająco dobrą?

Jestem córką swojej matki. Nie chciałam być, jak ona. Kocham ją.

 

Dawno temu, moja Córka powiedziała, łykając łzy:

- Mamo, nie jesteś mną, a ja nie jestem tobą... 

 

Córeczko, to jedna z najważniejszych rzeczy, jakie usłyszałam w życiu.  

 

P.S.

Właśnie wysłuchałam autobiograficznej opowieści  Jennette McCurdy, podobno jednej z najsłynniejszych dziecięcych aktorek amerykańskich. Opowieść nosi tytuł "Cieszę się, że moja mama umarła"

" to przejmująca opowieść o wychodzeniu z zaburzeń odżywiania, uzależnień i toksycznej relacji z przemocową matką, a także o mozolnym odzyskiwaniu kontroli nad własnym życiem."

Jennette nie buntowała się, gdy była dzieckiem.

 "Pragnęła  za wszelką cenę zadowolić najważniejszą osobę w swoim życiu"

Po latach walki z poczuciem winy, zdecydowała się na psychoterapię i walkę o siebie. Wtedy dopiero mogła ucieszyć się, że jej mama umarła.