wtorek, 26 stycznia 2016

Im dalej w las...

Jedno przysłowie nam powiada, że czas goi rany.
Inne, że im dalej w las...
Kiedy sobie idę w pogodny dzień, a słońce kładzie mi na plecach ciepłą dłoń, to moje rany się goją, a ból topnieje.
A kiedy mijam trzymającą się za ręce parę, albo kłócącą się parę,
albo parę kuśtykającą...
Moje serce nie daje się oszukać słońcu.
Boli, jak cholera.
Wczoraj zagapiłam się na faceta w takiej samej koszuli...
Trzy lata minęły, a mój umysł przeżył szok. Taka sama koszula!
Nieomal poczułam zapach!
To tylko koszula.
I właśnie wtedy przyszło do mnie to, że im dalej w ten las, tym ciemniej. 
Światła nie widać między drzewami. 
Czy ja jestem jeszcze na jakiejś ścieżce, czy już dawno ją zgubiłam?
Niby wiem, że las kiedyś się skończy. Kiedy?
Na razie czuję, że kręcę się w kółko.
Dookoła tylko buki. 
A czasem głodne wilki.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Co z tym czasem?

"Czy ty też uważasz, że czas ostatnio strasznie zapierdziela?"- zapytała mnie kiedyś Kochana B.
Uważam.
Zapierdziela, aż strach!
Ale dlaczego on tak przyspieszył?
Czy to możliwe w ogóle? Że przyspieszył?
Cytatów kilka:


"W fizyce klasycznej jest samodzielną wielkością, niezależną od innych wielkości, biegnącą w takim samym rytmie w całym Wszechświecie."

 "W mechanice relatywistycznej czas stanowi czwartą współrzędną czasoprzestrzeni, jego upływ zaś zależy od obserwatora i jest różny dla różnych obserwatorów."

"Szczególna teoria względności Einsteina wprowadziła do fizyki nowe pojęcie czasu. Okazało się, że upływ czasu zależny jest od prędkości układu odniesienia, w którym się go mierzy. Jeżeli znajdujemy się na powierzchni Ziemi i mija nas przyjaciel w statku kosmicznym poruszającym się z prędkością zbliżoną do prędkości światła, wydaje nam się, że jego zegar chodzi wolniej od naszego (dylatacja czasu). W życiu codziennym różnice te są niemierzalne, jednak w przypadku układów poruszających z prędkościami zbliżonymi do prędkości światła różnica pomiaru jest już bardzo duża"

A zatem niby taki sam zawsze, ale niekoniecznie.
No, bo zimy kiedyś były, wiadomo jakie - długie!
O tym, że rok jest bardzo długi, myślałam zwykle przy rozbieraniu choinki. 
Przy chowaniu do pożółkłych pudełek, moich ukochanych bombek, tej z narciarzem i tej z Mikołajem. 
Przy zdejmowaniu anielskiego włosia, odkładanego skrupulatnie na następny raz. 
Przy pakowaniu, trochę koślawych łańcuchów z kolorowego papieru, przykurzonych pawich oczek i zalanych stearyną uchwytów do świeczek. 
Przede mną było jeszcze dużo zimowych dni, białych, szczypiących w nos, z podstępnie zakradającym się w nocy silnym mrozem, który malował na szybach szkliste ornamenty.

Potem trzeba było przeczekać mokre, siąpiące i ciągle jeszcze zimne przedwiośnie.
Brudnawą breję na jezdniach, kapiące w południe sople, pękające pod stopami, zmarznięte o zmierzchu kałuże błota.
Następnie powoli, powoli, nadchodziła wiosna, taka delikatna, wiotka, z zieleniejącym szczypiorkiem i pęczkami, bladych z początku, rzodkiewek.
Maj wybuchał, ćwierkał, pachniał, grzał i rozrzucał wszędzie różowe płatki jabłoni, żółte żonkile, wilgotno - niebieskie niezapominajki i odurzające konwalie, znoszone masowo przez dziatwę na Dzień Matki.

Ale do wakacji było ciągle daleko, cały długi miesiąc.
Na szczęście można już było chodzić w podkolanówkach i sandałkach. Czapki i rękawiczki oraz ciepłe pumpy powędrowały w głębiny szafy. 
Przerwy szkolne spędzaliśmy na boisku, grając z upodobaniem w całuśnego "listonosza" albo w klasy rysowane kredą na asfalcie.
Dnie rozciągały się, jak guma do majtek i pozwalały na podwórkowe zabawy do późnych godzin kolacyjnych.

A potem przychodziło wreszcie lato!
Lato słodkich truskawek, bujnych peoni, pachnących smołą przedpołudni, opustoszałych, rozgrzanych ulic, leniwych wędrówek do zielonego Julianowa, przezroczysto-czerwonych wiśni szklanek, koprowych, małosolnych ogórków i ciepłych deszczy, uwalniających z chodników zapach kurzu i ziemi.
Koledzy i koleżanki wyjeżdżali na kolonie, na wieś do babci, na działki do cioć, na letniska.
Wracali więksi i opaleni. 
Tak opaleni i tak wyrośnięci, jakby minęło dużo więcej czasu, niż tylko dwa albo trzy tygodnie.

Jesień nadchodziła wolno, dyskretnie, jeszcze ze słońcem w opadających majestatycznie liściach klonów, w gradzie błyszczących kasztanów, z łagodnym szelestem pod nogami.
Wracaliśmy do klas, do pachnących pastą do parkietów korytarzy szkolnych, nowych książek, dziewiczo niezapisanych zeszytów, świeżutkich kołnierzyków przy fartuchach.
Popołudnia dopalały się jeszcze dość długo, można było po lekcjach pobyć na dworze, przejść się na rynek po fioletowe śliwki albo żółciutkie, smukłe gruszki klapsy.
Na rogach ulic siedziały okutane w chustki kwiaciarki i sprzedawały bukiety dostojnych dalii i roztrzepanych astrów. 
Leśno-grzybne aromaty roztaczały maślaki, podgrzybki, kurki i prawdziwki, poukładane w zgrabne kopczyki na rozłożonych wprost na ziemi gazetach.

Trzeba było jeszcze przeżyć listopad, co to klasycy powiadali o nim, iż "listopad to dla Polski niebezpieczna pora" .
Listopad z jego ponurą twarzą melancholika, z wyjącym potępieńczo wiatrem, błotem na butach, zimną, śnieżno-wodną kaszką, lecącą z nieba. 
Listopad zapowiadający nieskończenie długie ciemności za oknami, smętek i chandrę.
Listopad zalatujący zapachem naftaliny z powyciąganych z pawlaczy palt, pelis i futer. 

I wreszcie nadchodził grudzień, ale dopiero był pierwszy grudnia, dopiero adwent się zaczynał i nikt jeszcze nie myślał o szynce i chrzanie do niej.
Noga za nogą, po oczywistej w grudniu grudzie, dowlekaliśmy się do Mikołajków, potem przez szał sprzątania, mycia okien i potajemnie gromadzonych prezentów, poprzez kilometrowe kolejki za wszystkim,  w oparach śledzi z beczki i kiszonej kapusty docierało się do tzw. "brudnej niedzieli", czyli ostatniej przed świętami. 
Była "brudna", bo wolno było sprzątać, robić zakupy w otwartych wyjątkowo w niedzielę sklepach,  iść do składu węglowego, gdzie sprzedawali choinki. 
I wrzucić biednego karpia do wanny.
No i już, już, w końcu, po tym okropnie dłuuuugim roku zapalały się w  kolejnych oknach światełka nadziei na kolejną GWIAZDKĘ!

Dzisiaj:
Będę rozbierać choinkę.
Którą dopiero co stroiłam i myślałam: "Jak ten czas zapierdziela! Dopiero co, była poprzednia wigilia"
W czasie której, nawiasem mówiąc, myślałam to samo.
Wiedziona radą ulubionego poety, zajrzałam do ulubionej wyszukiwarki "odpowiedzi na wszystkie pytania".
Wszak :
"Pytanie to, w tytule,
postawione tak śmiało,
choćby z największym bólem
rozwiązać by należało"


I otóż, co znalazłam? 
Wszystko jest kwestią proporcji.
A więc, jednak teoria względności wygrywa.
W pewnym sensie.
Bo, jeżeli dla dwulatka, jeden rok jest połową jego życia, to dla pięciolatka  już tylko jedną piątą.
Dla młodzika dwudziestolatka, wiadomo, jedną dwudziestą.
A dla sześćdziesięciolatka?
Szkoda gadać!
I, jeżeli przyrównamy ten rok do tortu, to jedną piątą można się najeść do wyrzygania.
A jedna sześćdziesiąta, to okruszek, cieniutki paseczek, na pojedyncze mlaśnięcie.
Apeluję, żeby nie pożerać  zbyt łapczywie.
Delektujmy się, smakujmy, cieszmy zmysły zapachem, kolorem i zapowiedzią słodyczy.
Mniam, mniam. 
Bo dalej, będzie tylko skromniej!
Smacznego!!!


czwartek, 14 stycznia 2016

Chwile jak motyle (impresja na temat pewnej rozmowy z Bratową Moją)

"Brytyjskim socjologom udało się obliczyć najszczęśliwszy moment w życiu współczesnych Europejczyków. Według nich następuje to w piątek, o godz. 18:08"


Ta chwila przed wypiciem herbaty.
Kiedy się jeszcze czeka, żeby trochę ostygła.
Kiedy można ogrzać ręce o filiżankę, rozkoszować się zapachem, bursztynową barwą, delikatnością porcelany...
Kiedy czas zatrzymuje się na ten właśnie moment, na jeden ciepły łyk, na uśmiech znad okularów, na błękitne spojrzenie.
Pamiętam tę chwilę w restauracji Camino, w październiku, w poniedziałek, po pracy. 
Miałam w uszach czerwone kolczyki.

Często mówi się o szczęściu. 
Życzymy sobie nawzajem szczęścia.
Marzymy o szczęściu.
Czekamy na szczęście.
Szukamy szczęścia gdzie indziej.
Socjolodzy tropią ślady "szczęść", wymyślają ankiety i układają listy  tych najważniejszych. 
Co ciekawe, te ważne momenty szczęścia - narodziny dzieci, wnuków, nowa praca, nowy dom, ślub, wygrana,  a nawet Boże Narodzenie, to także sytuacje bardzo stresogenne.

A cóż to jest szczęście?
Im starsza jestem, tym prostsza jest odpowiedź.
Szczęście, to chwila, którą chcę zapamiętać.
Jak ta dzisiaj, gdy patrzyłam, jak śnieg wielkimi płatkami spada na drzewa i trawniki.
Jak ta wczoraj, gdy dałam się porwać walcowi Straussa i zawirować na wyimaginowanej sali balowej.
Jak ta przed laty, gdy jedliśmy z Mężem czereśnie z jednej miseczki.
Jak ta, gdy w szkole dzwonił dzwonek po ostatniej lekcji przed feriami.
Albo, gdy czesałam w kitki delikatne włosy mojej Córki.
Albo, gdy w środku nocy dostałam sms od Syna "wylądowałem!"
Kiedy Wnuk zasnął w moich ramionach.
Kiedy na środku wietrznej ulicy Mąż przycisnął mnie do siebie i powiedział :"na razie jeszcze żyję, wracajmy na obiad..."
Krótkie, ulotne chwile. 
Już były.
Jeszcze będą.
Teraz czuję na języku smak obwarzanka.
"Prawie, jak u Prousta" myślę sobie. 
To mnie wstawia w niekończący się szereg ludzkich szczęść.

A ulubiony mój Piotr Machalica śpiewa mi do wtóru:

Po co się z życiem użerasz
Łbem waląc w kolejne ściany
Przecież tak młodo jak teraz
Już nigdy się nie spotkamy
Bo przecież tak młodo jak teraz
Już nigdy się nie spotkamy


poniedziałek, 4 stycznia 2016

Ścieżka

Śniło mi się.
Całowałam się z jakimś facetem przystojnym. Podobny był do aktora Bukowskiego Piotra.
Ale wybrał pewną  pannę Annę z Dżungli. I odpłynęli w kierunku dalekiej, egzotycznej zatoki.
Ja wróciłam do własnej codzienności. Pustym statkiem. 

Anna z Dżungli śniła mi się nie bez powodu. Z okazji roku nowego przysłała mi (przez wszechobecnego na świecie Facebooka) życzenia, w których między innymi przeczytałam:
"odwagi do podążania własną ścieżką i realizacji planów i marzeń. I szczęścia, głęboko w sobie"
W pierwszej chwili pomyślałam, że to życzenia spóźnione o parę dekad. 
Azaliż, człowiek uczy się życie całe.
Miła Bratowa zwróciła mi uwagę, iż całkiem niedawno poczyniłam kroki w kierunku dotąd mi nieznanym, wsiadając na pokład samolotu.
W istocie.
Ścieżka wciąż przede mną.
Kiedyś szliśmy nią we dwoje. 
Inne wtedy były plany i inne marzenia. Co innego nas zajmowało w tej wędrówce.
Rozmawialiśmy. 
Całowaliśmy się. 
Zrywaliśmy jagody. 
A potem pocałował mnie na pożegnanie. 
Odgarnął mi włosy z czoła, włożył w dłoń dobre słowa i został.

Idę dalej sama.
Jagody wciąż rosną na poboczu.
Słońce przebija się przez konary sosen. 
Sama sobie zrywam poziomki.
I mogę leżeć na malinowej polanie tak długo, jak mi się podoba.
Nie mam planów, poza tym żeby nie ustawać w drodze.
I, żeby to był długi dzień.


"Trzeba mi wielkiej drogi
wśród wiecznie młodych bzów,
na wszystkie moje złe bogi
i niebogi z moich snów...
Oceanów mrukliwych
i strumieni życzliwych,
czarnych głębin niepewnych
opowieści rzewnych...
Drogi białosrebrzystej,
dróżki nieuroczystej,
piachów siebie niepewnych
ptasich rozmów śpiewnych...
I tylko taką mnie ścieżką poprowadź,
gdzie śmieją się śmiechy w ciemności
i gdzie muzyka gra, muzyka gra..."


(Agnieszka Osiecka)

A gdyby się ktoś zastanawiał, o czym ja tu piszę i o czym ja tu śnię, to sama nie wiem. 
Cześć i czołem.

czwartek, 31 grudnia 2015

Oby nam się!

Koniec roku obfituje zwykle w życzenia, składane "wszem i wobec".
Jak to w tej piosence, gdzie wszyscy wszystkim...
Tradycjonaliści optują za wysyłaniem kartek przy pomocy Poczty Polskiej.
Hedoniści wolą spotykać się osobiście, przy śledziku, et cetera.
Dobrze wychowani dzwonią telefonami i przy okazji odbierają życzenia "nawzajem".  
Skomputeryzowani ślą maile, z załącznikiem w postaci e-kartki.
Nowocześni  tradycjonaliści (cóż za paradoks!), składają, mniej lub bardziej mozolnie, SMS-y personalne.
Nowocześni leniwi, wykorzystują gotowe szablony i rozsyłają je przy pomocy opcji "wyślij do wielu"
Życzenia być muszą.

Życzymy sobie:
  • wszystkiego najlepszego (!)
  • zdrowia (bo to najważniejsze)
  • miłości bliźnich
  • pogody ducha
  • braku zmartwień
  • poprawy sytuacji materialnej (niezależnie od zastanej)
  • pociechy z dzieci (wnuków, mężów, narzeczonych, żon, szefów ewentualnie podwładnych)
  • radości i szczęścia
  • spełnienia marzeń
  • i tak dalej
  • i tak dalej
Za każdym razem myślę sobie przy takich okazjach, że gdyby życzenia te, niewątpliwie szczere, spełniały się, świat powinien być coraz to piękniejszy i doskonalszy.
A tymczasem...
No, właśnie!
Cholerka!

Szukając w Google informacji o tym, skąd się wziął ten zwyczaj (nie znalazłam), natknęłam się na artykuł Jamesa Stokes'a, angielskiego felietonisty, mieszkającego w Polsce.
James Stokes pisze o różnicy między zwyczajami angielskimi i polskimi.

"Angielski sposób składania życzeń stawia na krótkość i brak zaangażowania.
Podziwiam polski zwyczaj wymagający od wszystkich umiejętności wymyślenia pięknych i serdecznych życzeń przy każdej okazji. Tłumaczy to prawdopodobnie imponującą i długą tradycję literacką tego kraju. Jedyne, co mnie dziwi, to ubieranie w formalność okazje, które w moim kraju traktuje się z jak najmniejszą formalnością"

A tymczasem w portalu mjakmama24.pl takie oto porady:

Życzenia świąteczne – sposób składania życzeń

  • Jeśli wysyłamy tradycyjną kartkę z życzeniami, pamiętajmy, by przemyśleć treść życzeń i zadbać o formę samej kartki: możemy wysłać gotową, kupioną w kiosku czy sklepie lub pokusić się o zrobienie własnej. Świetnym pomysłem jest przygotowywanie kartek świątecznych z dzieckiem – będzie to znakomita okazja do wspólnej twórczej zabawy.
  • Coraz częściej zamiast tradycyjnych papierowych kartek świątecznych wysyłamy za pomocą poczty elektronicznej e-kartki z życzeniami. Jest to bardzo wygodne rozwiązanie, zwłaszcza że w większości domów są już komputery. Do tych, którzy nie mają internetu trzeba wysyłać kartki zwykłą pocztą albo sms-y.  Te ostatnie są obecnie chyba najpopularniejszym sposobem przesyłania świątecznych życzeń. W sieci krążą tysiące mniej lub bardziej udanych wierszyków, które można skopiować i wysłać, ambitniejsi sami próbują tworzyć własne lub po prostu piszą tradycyjne życzenia.
  • Zamiast kartki z życzeniami możemy przesłać pocztą lub przez posłańca upominek kojarzący się ze świętami lub sylwestrem, np. stroik, bombonierkę albo butelkę szampana ozdobioną wstążkami. Nietypowym sposobem składania życzeń jest wysłanie posłańca,  który dociera pod wskazany adres i odśpiewuje wedle uznania: życzenia, wybraną piosenkę albo kolędę – taką usługę oferują niektóre prywatne firmy.

Niezależnie od tego, jaką formę składania życzeń wybierzemy, pamiętajmy, że wysyłając je, dajemy adresatowi życzeń dowód, że pamiętamy, tęsknimy i życzymy mu wszystkiego najlepszego.
 
No, właśnie.
 
- Wszystkiego najlepszego! - powiedział Syn, wybierając się w trzygodzinną podróż do Wybranki.
- Wszystkiego najlepszego! - odpowiedziałam mu.
I to było naprawdę szczere.

A zatem:
Happy New Year!

poniedziałek, 28 grudnia 2015

...i po...

...oczywiście po świętach!
Ulubione powiedzenie Sabinki: "święta, święta i po świętach"
Ano tak. 
Czasami myślę, że święta (oraz wszelkie inne ważne wydarzenia), nie po to są, aby "być", ale aby "nadchodzić".
Bycie TU i TERAZ jest bardzo krótkie. 

 Przy sprzątaniu poprezentowych opakowań w czasie Wigilii, Córka westchnęła:
- Jakoś mi żal tych papierów...
Ach!- pomyślałam- już to ją dotknęło.
Ta nostalgia, ten smutek przemijania.
Ta refleksja, że "po co to wszystko?"
Prezenty, dobieranie opakowań, papierów pod kolor choinki, wstążeczek pod kolor papieru,  kokardek mniejszych i większych, nalepeczek pod kolor kokardek i koloru długopisu...
A potem w parę chwil zamienia się to wszystko w kupkę śmieci, szeleszczącą stertę, porozwłóczone przez koty resztki.
A te potrawy! 
Te kilogramy śledzików, talerze rybek w galarecie, wazy barszczyku, smażone rybki, pierożki, fasolki, kapustki rozmaite, sałatki tudzież.
Te ciasta i ciasteczka, pierniki i pierniczki.
Makowczyki i serniczki.
Kompocik z suszu.
I jeszcze może po orzeszku, mandarynki cząsteczkę, lubo pomarańczy.
Kawa, herbata. 
Po kieliszeczku nalewki, koniaczku. Kryształowym kielichu wina...
Oczywiście, że nie da się tego wszystkiego zjeść.
Zatem przez kolejne kilka (kilkanaście) dni, witają nas zapchane lodówki i zamrażalniki, wychodzą bokiem (i tworzą boczki) resztki bigosu, makiełek i wysychającej powoli szyneczki z polędwiczką. 

Tak, święta "mają być", albo "już były". 
Ich OBECNOŚĆ trudno zauważyć.


Jezus malusieńki leży wśród stajenki
Płacze z zimna nie dała mu matula sukienki.
Płacze z zimna nie dała mu matula sukienki.
Bo uboga była, rąbek z głowy zdjęła,
w który Dziecię owinąwszy, siankiem go okryła
w który Dziecię owinąwszy, siankiem go okryła
Nie ma kolebeczki, ani poduszeczki,
We żłobie Mu położyła siana pod główeczki.
We żłobie Mu położyła siana pod główeczki.



 

sobota, 26 grudnia 2015

Puste miejsca przy stole...

A nadzieja znów wstąpi w nas.
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.
I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu.


Daj nam wiarę, że to ma sens.
Że nie trzeba żałować przyjaciół.
Że gdziekolwiek są - dobrze im jest,
Bo są z nami choć w innej postaci.
I przekonaj, że tak ma być,
Że po głosach tych wciąż drży powietrze.
Że odeszli po to by żyć,
I tym razem będą żyć wiecznie



Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.

 

A nadzieja znów wstąpi w nas.
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie .
I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu. 





Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.


Kolęda dla nieobecnych
Autor tekstu:Szymon Mucha
Kompozytor:Zbigniew Preisner