piątek, 16 października 2026

Od Annasza do...

 

 

Zawsze jakieś drogi prowadza do domu...

Przesądna nie jestem, wiadomo.

Ale prawdę powiedziawszy, nie wiem, jak pisać, których słów użyć, żeby nie zapeszyć, nie wkurzyć, nie sprowokować...

Wczoraj minęły dwa tygodnie października. Już, albo dopiero. Zostały dwa.

Wczoraj. 

Szpital pediatryczny.  

(Z najwyższym stopniem referencyjności. Co, jak wyczytałam, oznacza najwyższy stopień wyspecjalizowania i zaawansowania opieki medycznej. Dalej wierzę, że tak jest i niech zostanie, nie zapeszam.)

Zatem wczoraj Wnuk potrzebował dość pilnie owej pomocy.

Zaszłam do pokoju z pielęgniarką. Zajmowała się jakąś swoją czynnością pielęgniarską, wymagającą najwyraźniej wielkiej uwagi.

- Dzień dobry - powiedziałam - ja w imieniu wnuka...

Ręka ani twarz jej nie drgnęła, nic jej nie drgnęło, milczała. Ja też milczałam, bo nie wiedziałam, czy mówić mogę  dalej, nie zakłócając jej ciszy.

- No, słucham! - prychnęła na mnie, bez odwracania wzroku.

Wytłumaczyłam, w czym rzecz. 

- Lekarz musi zlecić!- uświadomiła mnie krótko.

- Doktor Iksińska podobno już przedwczoraj mówiła, że zleci.

- Nie ma zlecenia w karcie. Doktor Iksińskiej nie widziałam dzisiaj. 

Aha. Ja stałam, ona dalej się zajmowała. Chyba jej przeszkadzało moje stanie, bo powiedziała:

- Niech pani idzie do pokoju lekarzy.  Do ósemki.

Poszłam. Wytłumaczyłam. Pan doktor był miły, sprawdził na swojej wielkiej zabazgranej tablicy informacyjnej.

- Pacjent doktora L. Pokój lekarski 22. 

Poszłam. Puk, puk. Zamknięte. I zamknięte. Cały czas zamknięte.

Gdzie jest doktor L. nie wiadomo. Może na sali operacyjnej, albo w przychodni, albo na konsultacji. Może poszedł na śniadanie drugie. Albo pierwszego nawet jeszcze nie zjadł...

Wróciłam do sali z pielęgniarką, żeby się pożalić. 

Nie za bardzo się zmartwiła. Ale dla porządku zapytała Długowłosej  przy komputerze

- Nie wiesz, czy Iksińska będzie dziś na dyżurze po południu?

Długowłosa nie wiedziała, ale przejęła się bardziej. 

- Potrzebujemy pomocy! - zakrzyknęła do trzech  mijających nas wolnym krokiem lekarzy. Właściwie dwóch lekarzy i jednej lekarki. 

Zatrzymali się i wysłuchali o co chodzi.

Młoda lekarka, zapewne w obronie swojej lekarskiej powagi i ważności, nie chciała się łatwo  poddać.

- A dlaczego? A kiedy?  A jak? - pytała surowo. 

Nie mogła się wczuć, wszak nie była nigdy chłopakiem. Nastoletnim.

Starszy lekarz, który na pewno nastolatkiem kiedyś był, sięgnął po kartę i wypisał zlecenie.

- Dajcie spokój! - mruknął, z  wyraźnym niesmakiem komentując te wszystkie pytania, obiekcje i trudności.

I poszli.

Ja też poszłam.  Do domu. 

Każda droga do domu jest pełna optymizmu.

W wysoko wyspecjalizowanym szpitalu pediatrycznym są ludzie i ludziska.  I też fajni lekarze.

 

P.S. W niemalowane odpukuję  częściej niż zwykle.   

Brak komentarzy: