Jak sama nazwa wskazuje, bezczyn, to stan bez działania.
Zdarza się pomiędzy wymyślaniem kolejnego scenariusza a szyciem kolejnej lalki.
Pomiędzy praniem a odkurzaniem.
Pomiędzy gotowaniem zupy a czyszczeniem kuwet.
Pomiędzy robotą i robotą.
Tu lista zakupów, tu lista spraw do załatwienia.
Terminy w kalendarzu.
Zapłacić, odebrać, spotkać się.
Pojechać. Zdążyć.
Odhaczyć.
I nagle ... zawieszam się. Na horyzoncie nie ma kolejnego punktu do zrealizowania.
Nie zaplanowałam.
Nie przewidziałam.
Totalny BEZCZYN!
To bardzo niemiły dla mnie stan. Może tak czuje się mucha złapana w kałużę miodu. Niby słodko, niby pachnie, ale odlecieć by się chciało ku kolejnej kupie (siana).
Na bezczyn najlepszy jest CZYN.
Choćby i niepozorny.
Chwyciłam w dłonie swoje niezawodne aktywizatory i poszłam.
Na walking.
I wymyśliłam tego posta.
Owocnej pracy!!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz