niedziela, 18 czerwca 2017

Tak, jak rok temu



Melka umarła dzisiaj.
Odeszła nagle.
Tak, jak rok temu Kicia.
Może nie powinnam już mieć kotów:(:(
 

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Duch Melania

Miśka pojawia się wesoło, otwarcie. 
Jeżeli nawet cicho nadchodzi, to już z daleka mruczy, albo pomiaukuje.
Skacze odważnie z oparcia kanapy i łup o ziemię.
Galopuje po mieszkaniu, tupiąc głośno. 
Robi nagłe zwroty, podskakuje za ćmą wysoko na ścianę, szybę, kłapie zębami.
Turla długopis po podłodze.
Szura stolikiem, wygrzebując spod niego ulubioną, zieloną, myszkę.
Przesuwa miskę z mięskiem.
Z szurgotem korzysta ze swojej drapaczki.
Miśka nie kryje się ze swoją "miśkowatością" 

Mela pojawia się, jak królik z kapelusza.
Wychodzi bezszelestnie z sofy, przemyka pod ścianami, jak cichociemny.
Była na oknie. Już jest na laptopie. Na krześle. W donicy z kwiatkami. 
Nie hałasuje. Nie miauczy. Nie stuka pazurkami. UFO!
Wychodzę z kuchni i myślę sobie : "ciekawe, gdzie jest Melka?".
Wracam do kuchni - a kuku! siedzi na parapecie, nieruchoma i zagadkowa, jak sfinks.
- Cześć! - mówię do niej. Nie odpowiada. 
Bursztynowe oczy wyglądają, jak obwiedzione eyelinerem. Nie mruga.
Za chwilę już jej nie ma. Pręgowany ogon znika pod zieloną narzutą. 
- Wyjdź Melka!- mówię po jakimś czasie do kanapy.- Kolacja!
Melka nie wychodzi. Zaglądam. Pusto. 
Zawracam do kuchni. Oo!
Przycupnięta na środku przedpokoju, śledzi uważnie moje ruchy.
Gdy tylko robię krok, smyrga pod stół.
Da się skusić śmietanką, albo świeżą wołowinką.
Znika w momencie, gdy na dwie sekundy odwracam się, żeby wytrzeć ręce.
Miśka obżera się w najlepsze.
- Gdzie Melka ?- pytam ją.
Macha tylko lekceważąco ogonem. 
Zadowolona, że więcej dla niej zostało.

Melka, czujna w jakimś kącie, czeka, żeby znowu zmaterializować się, niczym Jedi.
Niech moc będzie z nami!

środa, 7 czerwca 2017

Trudna miłość

Melka po operacji.
Czas oczekiwania na telefon z lecznicy, że mogę ją zabrać do domu, dłużył się niemiłosiernie. 
"To tylko kot"- mówiłam sobie -"To tylko kot!"
Kot niełatwy, nieprzymilny. 
Kot ze swoją historią, o której nic nie wiem.
Kot nieufający ludziom. Nastroszony. Walczący. 
Kot niedomowy.
To tylko kot.
Bla, bla,bla.
To Melka!
Wróciła trochę kołowata, słaniająca się na nogach.
Dzielnie pokuśtykała do kuwety.
Liznęła śmietany. 
Poszła spać.
Wcześniej, po przepisowych dwóch godzinach, samodzielnie pozbyła się opatrunku, który ja miałam jej zdjąć. 
Wybawiła mnie z kłopotu.
Wczoraj i dzisiaj kolejny egzamin - musiałam zawieźć ją na zastrzyk.
Melka postanowiła pobawić się ze mną w ganianego. 
Wczoraj krócej, bo kondycja gorsza.
Dzisiaj berek dookoła sofy, pod fotelem, dwa razy po parapecie, biurku, hop! za sofę, pod sofę, na chwilę pod narzutę, zerk do kontenera, ale to jeszcze nie ta chwila!
Jeszcze raz dokoła!
A potem drep, drep, do środeczka i już. 
Możemy jechać.
Uf!
Dzisiaj w gabinecie nawet nie miauknęła. Posikała się tylko, jak zwykle.
Pan doktor pocmokał z zadowoleniem.
- Coś czuję, że to może być niezły kot.
A jak! 
To może być nawet niezła Melka. 
Zobaczymy.


 

piątek, 2 czerwca 2017

Jeśli Melka mnie nie zabije...

...to mnie wzmocni.
Czy jakoś tak.
Dzisiaj stres mega. Same musiałyśmy do lecznicy pojechać. 
Zięć wpadł tylko na chwilę, żeby zakuć ją w kontenerek.
Obie w strachu, podjechałyśmy autobusem numer 95, zesłanym nam niedawno łaskawie przez los i MPK prawie pod sam blok.
Kolejeczka nieduża, tylko dwie osoby przed nami, tzn. dwa osobniki z gatunku Canis lupus.
Do otwarcia kwadrans.
Przez który dołączyły szczeniaki owczarka alzackiego, sztuk cztery, mama tychże, kot podobny do nas (mniej wkurzony na właścicielkę jednakże), pies czarny (na zabieg), dwa sznaucerki i kundel bury.
W gabinecie czekała na nas delikatna pani Magda. 
Założyłam przezornie rękawicę i sięgnęłam do wnętrza kontenerka, żeby Melce głowę przytrzymać. Wgryzła  się z wściekłością w pancerny brezent  i zrobiła zwrot przez rufę, zabierając swój tyłek precz. Pani Magda stała z uniesioną do góry strzykawką i strachem w oczach.
Na szczęście moje, jej i Melki, poratował nas doktor Wojtek i przytrzymał kotę siłą (oraz godnością osobistą oczywiście).
-E, dzisiaj to lajtowo było!- ucieszył się.
Melka ma zabieg w poniedziałek. 
Na pewno straci kciuk i pewnie kawałek łapki wokół. 
- Gojenie potrwa co najmniej dwa tygodnie. To miejsce mało ukrwione. Potem zdjęcie szwów i zobaczymy...
No, i cały czas antybiotyk osłonowo. 
Wracałam z Melką do domu i myślałam o tym, po co mi to było?
Jaki diabeł, albo anioł podsunął mi tę pochopną myśl, żeby Melkę zabrać ze strychu.
Ta decyzja była podjęta wbrew zdrowemu rozsądkowi i wbrew dobrym radom Syna.
Po co mi to było? Po co?
Po coś?
- Dobra - powiedziałam do Melki. - Podejmujemy tę walkę. Pani Basia jest uparta. Po Tatusiu. 
No, i jest taka malutka nadzieja, że jeżeli Melkę oswoję, będę dla niej jedyna na świecie...

 

poniedziałek, 29 maja 2017

Z Sieradza

Szkoda, że w zalewie dni różnych, nie ma Dnia Zięcia.
Postuluję, żeby był.
Kochana B, gdy opowiadam o Zięciu mym, wydaje okrzyk niedowierzania.
- To człowiek jeden na milion!!
Znaczy się, w kraju naszym mamy takich około czterdziestu. 
Czyżby czterdziestu czterech?...
 
Zięć, to siła spokoju. 
Teściową podeprze. I podwiezie.
Pocieszy.
Kota pogłaszcze. Spacyfikuje bez przemocy.
Teściową (również bez przemocy), przekona do swoich pomysłów.
Pomoże zawsze.
Pochwali.
Przytuli.
Nie marudzi nad jedzeniem.
Prezenty przyjmuje z wdzięcznością.
Kocha Dziecko i Wnuka Teściowej.
Opiekuje się. Troszczy.
Miło się uśmiecha.  
Miło stanowczy. 
Uparty. Konsekwentny.
Zdolny. 
Pracowity.
Na szczęście ma też wady.
Człowiek bez wad, jest nie do zniesienia.

Kiedyś, ktoś z moich znajomych zapytał z niedowierzaniem:
- Gdzie się znajduje takich facetów???
Córka odpowiedziała krótko:
- W Sieradzu.
 
Prawda, prawda, prawda.
 
"W Paryżu najlepsze kasztany są na placu Pigalle" 
 
W kraju nad Wisłą i Wartą najlepsi Zięciowie pochodzą z Sieradza!
 
 

 

niedziela, 28 maja 2017

Muszę, bo mogę

 Mogę owinąć sie kocem i udawać Bukę.



Kiedy byłam pięknym i młodym psychologiem, karierę robiło słówko "chcę"
Siła i magia "chcę" miała być panaceum na wiele problemów osobistych w relacjach z ludźmi, w podtrzymywaniu motywacji do działania, szerzeniu kreatywności, budowaniu samooceny...
"Chcę" , zamiast "muszę" i "powinienem".
"Chcę", a nie: dobrze by było..., a może..., jeżeli..., zobaczy się...
"Chcę" wydawało się jasne  i łatwe.
O wiele trudniejsze było "nie chcę". Jakaś większa odpowiedzialność się z nim wiązała.
Kiedy młodym psychologiem być przestałam (pozostając  piękną!), odkryłam, że "nie muszę".
Bo, co mi kto zrobi?!
A w ogóle, kto emerytowi zabroni?
Ale, całkiem niedawno powaliło mnie słowo "mogę"!!!
Ono już przebijało się kiedyś do mojej świadomości. Wtedy, gdy wychodząc z depresji zachłystywałam się tym, że mogę robić różne rzeczy, na które chwilę wcześniej nie miałam odwagi.
Potem jednak, skrzecząca obowiązkami rzeczywistość zagłuszyła tę cudowną wolność.
I nagle... Mogę!
"Mogę" działa, jak balsam. 
Jak lokomotywa. 
Jak klucz.
I jak rozgrzeszenie.
Mogę wyjść. Mogę nie wychodzić.
Mogę korzystać ze słońca, powietrza, zapachów, deszczu,wiatru i komunikacji miejskiej.
Mogę, jak mi się zachce.
Mogę jechać do Wnuka, bo mogę.
Mogę pisać, co chcę.
Mogę nieskładnie i co mi wpadnie pod palce na klawiaturze.
Mogę żyć.
Ciągle jeszcze MOGĘ!!!



 

wtorek, 23 maja 2017

Krew czlowiecza

Melka u lekarza po raz drugi. 
Akcja chwytania do kontenera nieco sprawniejsza. 
Ze strachu znowu się posikała. Kwestie sprzątania  kocich wydalin mam na szczęście opanowaną.
W gabinecie akcja pakowania w kocie "dyby" już nie obeszła się bez strat w ludziach. Melka w obronie własnego życia odwróciła głowę, którą chciałam miłośnie przytrzymać i zatopiła pozostałe jej kły w moim nadgarstku.
Krew się lała. Lekarz rzucił okiem i powiedział:
- Sądząc po kolorze, to z żyły...
Nie porzucił swojej pacjentki. Siła spokoju. Mną zajął się po dobrej chwili. Owinął mi przegub zielonkawym plastrem dla zwierzaków.
- Do wesela się zagoi - pocieszył. - Tylko niech pani tego nie zrywa zębami, bo gorzkie.
Ha, ha.!
Nieporadnie starałam się zetrzeć krew z podłogi. W efekcie zostały malownicze mazy. 
Melka na stole płakała żałośnie. Przy pazurze kciuka zrobił się ropień. Dostała kolejny zastrzyk z antybiotykiem. 
- Ona myśli, że to wszystko pani wina! - powiedział wesoło pan Doktor Wojtek.
W rzeczy samej. Może więc zasłużyłam  na tę ranę, chociażby za brak pokory wobec Dzikiej Natury.

Pazurki przycięte. 
Łapki obadane. 
Niektóre zęby do wyrwania.
Zostajemy z nadzieją, że antybiotyk zadziała i nie będzie trzeba amputować Melce kciuka.
Płacimy. 
Do widzenia się w środę.

- Bez obawy - powiedział Doktor Wojtek do następnej gromady ludzko-zwierzęcej wchodzącej po nas do gabinetu. - Na podłodze  to ślady krwi człowieczej.
Sądzę, że powiedział to do kotów.